Granica 10 piętra i nogi jak z ołowiu, czyli jak biegłem na szczyt

- Zmęczenie potworne, ale zupełnie inne niż podczas zwykłego biegania. Nie zdążyłem się nawet spocić, a byłem wyczerpany, jakbym przebiegł kilka kilometrów - opisuje swoje pierwsze zawody w biegu po schodach Michał Szaflarski z Warszawa.sport.pl.
Rusz się w Warszawie. Zaplanuj aktywny tydzień, do wyboru wiele imprez

W klasyfikacji generalnej Pucharu Świata w biegu po schodach - tak, jest takowy - Polacy zajmują dwie najlepsze pozycje. W sobotę lider - Piotr Łobodziński i wicelider - Bartosz Świątkowski udowodnili, że miejsca te zajmują nieprzypadkowo. W Biegu Na Szczyt w warszawskim wieżowcu Rondo 1 wpadli na metę prawie równocześnie: Świątkowski był szybszy od Łobodzińskiego zaledwie o 0,11 sekundy.

Czy bieganie po schodach jest trudne i męczące? Co się czuje podczas wbiegania na 37. piętro wieżowca? Sprawdziłem.

Cel: zejść poniżej 10 minut

Kiedy wysiadłem w sobotę z tramwaju na rondzie ONZ i spojrzałem na 150-metrowy wieżowiec, w którym miałem pokonać 37 pięter i ponad 800 schodów, poczułem się nieswojo. "Po co ja to robię?" - pomyślałem. Ale było już za późno, żeby się wycofać.

Przed wejściem do budynku zobaczyłem widok znajomy z wielu biegów: rozgrzewających się zawodników, którzy pomimo chłodu i śniegu biegali po ulicy. Wszedłem do środka, zawody już trwały. Na starcie ustawiały się dwudziestoosobowe grupki i co 15 sekund na trasę wyruszał kolejny zawodnik.

Poszedłem po pakiet startowy, przebrałem się i zacząłem rozgrzewkę. Wracający z góry biegacze opowiadali, że około dziesiątego piętra brakuje im mocy i od tamtego poziomu mogli już tylko iść, nie dali rady biec. Zdziwiłem się, bo mój plan zakładał, że na pewno dam radę biec do końca. No, może w samej końcówce będę musiał zwolnić, ale postaram się pokonać jak najwięcej schodów biegiem - tak myślałem i zakładałem.

Z drugiej strony pamiętałem słowa Łobodzińskiego, mistrza Polski, z którym kilka dni wcześniej robiłem wywiad: - Będzie ból i cierpienie, a nogi na mecie będą jak z waty - mówił specjalista. I jak tak stałem i oglądałem na ekranach podgląd z kamer ustawionych na trasie, jak widziałem kolejnych uczestników, którzy od 10. piętra w górę już tylko szli, nie biegli, to jednak pomyślałem: "Chyba jednak będzie ciężko..."

Czekam na swoją kolejkę, kilka minut przede mną startują najlepsi, czyli tzw. elita sportowa. To małe grupy: siedem kobiet i 14 mężczyzn. Tutaj wszystko odbywa się błyskawicznie: zawodnicy stoją obok nas na starcie, a chwilę później już widzimy ich na ekranach potwornie zmęczonych na mecie. Najlepszy w eliminacjach Świątkowski pokonał 37 pięter w trzy minuty i 34 sekundy. Mój cel: zmieścić się w czasie 10 minut.

Nie ma wody na pustyni

Spiker wyczytuje nazwiska naszej grupy, przechodzę do strefy chipowania, żeby założyć na kostce pasek z urządzeniem mierzącym czas. Ustawiam się na bramce startowej, podobnej do tych na zawodach dla narciarzy, przede mną trzech zawodników, dwóch, jeden i 15 sekund później ruszam. Na początek kilka zakrętów po płaskim i widzę schody. No to jazda!

Pierwsze piętra mijają błyskawicznie, biegnę dosyć szybko, pomagam sobie rękami, łapię się poręczy raz z jednej, raz z drugiej strony. Ale nadchodzi to graniczne 10. piętro - okazuje się, że głowa i ręce chcą dalej biec, ale nogi odmawiają posłuszeństwa, czuję jakby każda ważyła tonę.

Zaczynam iść. Zatrzymuję się na chwilę, żeby odpocząć. Znów idę. Podbiegam. Ale to nie zmęczenie w nogach jest najgorsze. Najgorsza jest absolutna suchość w ustach, już po kilkudziesięciu sekundach biegu chce mi się pić jakbym przez kilka dni wędrował po pustyni.

Na półpiętrach widzę butelki z resztkami wody i izotoników, jestem zdesperowany, w głowie kołacze mi tylko jedna myśl: "Muszę się napić!". Naprawdę mało brakowało, a porwałbym jakąś butelkę i wypił resztę wody. Próbuję nie myśleć o pragnieniu, tylko skupić się na biegu, ale tempo mam rwane, poręcze mi uciekają, widzę jak przez mgłę numery pięter. Które to już - dopiero dwudzieste? Ze zmęczenia zapominam, ile jeszcze zostało do mety.

Zjazd na szczycie

Na początku biegu wyprzedziłem dwie osoby, ale teraz słyszę za sobą czyjeś kroki. Jestem w okolicy 30. piętra, staram się przyspieszyć, ale chyba już nie dam rady. Kilka pięter później wyprzedza mnie zawodnik, który wystartował 15 sekund po mnie. Próbuję walczyć, ale tak naprawdę ten bieg to walka nie z innymi zawodnikami, ale z czasem i samym sobą.

Na 33. piętrze słyszę od kogoś, kto pilnuje trasy: "Dajesz, już prawie koniec!". Na 35. piętrze: "Dwa do końca!". Jeszcze pamiątkowe zdjęcie naszego fotografa na półpiętrze i wpadam na ostatnią prostą. Ktoś podaje mi na mecie wodę i medal. Rzucam się na podłogę, siadam pod ścianą i wypijam duszkiem całą butelkę. Przez kilka minut nie mogę ruszać się, mówić, myśleć. Sprawdziły się słowa o bólu i cierpieniu, ale nogi mam nie jak z waty, ale jak z ołowiu.

To zupełnie inny rodzaj zmęczenia niż podczas zwykłego biegania. Nie zdążyłem się nawet spocić, a byłem wyczerpany, jakbym przebiegł kilka kilometrów. Zjeżdżam windą na dół i sprawdzam czas: sześć minut i 19 sekund. 167. miejsce na prawie 500 osób. Zmęczenie znika i pojawia się satysfakcja, ale czuję, że w następnym biegu po schodach wystartuję najwcześniej za rok.