Budzik biegacza dzwoni o 5.30, czyli warszawski maratończyk o tym gdzie, jak i dlaczego biegać

Paweł Misiurewicz na trasie maratonu w Paryżu

Paweł Misiurewicz na trasie maratonu w Paryżu

- Z kolegą, zamiast spotykać się rano w pracy, godzinną odprawę robimy biegając po Polu Mokotowskim. Potem lądujemy na śniadaniu w Jeff's i kończymy rozmowę z otwartym notebookiem - mówi maratończyk ze stolicy Paweł Misiurewicz.
Rusz się w Warszawie. Sprawdź, jak zorganizować swój tydzień na sportowo

Na co dzień jest prezesem warszawskiej firmy Passus działającej w branży IT, w wolnych chwila biega i startuje w maratonach w Polsce i na świecie. Ma ich na koncie 14, w tym prestiżowe w Nowym Jorku czy Tokio. Najszybciej udało mu się przebiec maraton w czasie 3:51. Z wykształcenia astrofizyk, żonaty, ma trójkę dzieci.

Michał Szaflarski: Dlaczego pan biega?

Paweł Misiurewicz: W czasach studenckich chodziłem dużo po górach, ale potem spędziłem kilkanaście lat za biurkiem. Kilka lat temu siostra namówiła mnie na wyprawę do Ekwadoru, w Andy. Weszliśmy wtedy na ponad 6 tys. metrów, na Chimborazo i Cotopaxi. Nie chciałem "zdychać" podczas wchodzenia, więc wcześniej postanowiłem, że w ramach przygotowań zacznę biegać. Po powrocie chciałem biegać dalej, przeczytałem, że na początku najlepiej wystartować w półmaratonie, bo to jest prostsze, ale ma w sobie słowo "maraton". Przebiegłem go już po trzech miesiącach trenowania, więc postanowiłem, że wystartuję w maratonie.

Kiedy i gdzie był ten pierwszy maraton?

- Zacząłem od razu z górnej półki, to było w 2007 roku w Paryżu. Miałem wtedy czas 5:06. To było dla mnie niesamowite przeżycie, bo wtedy w Polsce było jeszcze zupełnie inaczej. Kiedy biegało się w parku, to było się samemu. Może wtedy już ludzie się nie podśmiewali z biegaczy jak wcześniej, ale wciąż patrzyli na człowieka trochę dziwnie. Tutaj, w Warszawie, człowiek się głupio czuł w parku jak biegł, a tam, w Paryżu, głupio się czuł jak nie biegł. To było dla mnie takie pierwsze porównanie biegania w Polsce i zagranicą. Druga rzecz to rozmach tej imprezy - wtedy wystartowało ponad 28 tysięcy osób i było to coś niewyobrażalnego. Zresztą w Polsce nawet jest do dzisiaj.

Gdzie pan na co dzień trenuje i jak często?

- Biegam na Polu Mokotowskim, najczęściej rano, bo wtedy mi nic i nikt nie przeszkadza. Trenuję też w Lesie Kabackim, nad Wisłą lub na wale po drugiej stronie rzeki. Podbiegi robię, tak jak chyba większość, na Agrykoli. Kiedy gdzieś wyjeżdżam, to buty biegowe zawsze wrzucam do bagażu. Trenuję cztery razy w tygodniu, z tego trzy biegi trwają godzinę lub trochę dłużej, a ten czwarty jest długi: od półtorej godziny na początku sezonu do trzech godzin w szczycie.

Nie czuje się pan już głupio, jak biega po parkach?

- Nie, biegacze już nie są niczym dziwnym. Od trzech lat rano regularnie spotykam w parku kilka, kilkanaście osób niezależnie od pogody. To dużo, biorąc pod uwagę, że to szósta rano. Po pracy tych osób jest dużo więcej.

Jak wygląda taki przeciętny, typowy biegacz w Warszawie?

- To różni ludzie, ale można ich podzielić na kilka grup. Na Polu Mokotowskim spotykam często tych samych, znam z widzenia wiele osób, nie tylko z treningów, ale też ze startów w biegach. Jedna grupa to ludzie, którzy mają po prostu taki styl życia: dużo biegają, startują w zawodach. Często są to ludzie o trochę podobnej historii jak ja, w takim wieku, że te najmniejsze dzieci podrosły, w pracy już jest stabilizacja, i nagle zdali sobie sprawę, że dobrze byłoby wrócić do formy.

Jest troszkę młodych ludzi, którzy trenują jakieś inne sporty, a bieganie to jest dla nich dodatkowy trening. Inną grupę stanowią osoby w wieku 50-60 lat, które jeszcze utrzymują formę i jest też trochę osób, głównie dziewcząt, które wyraźnie biegają dla sylwetki i ogólnego fitnessu. Podczas biegania jestem w stanie określić na 50 procent, kto z jakiej jest grupy.

Co robić, by nie tracić motywacji do żmudnego, codziennego biegania?

- Wymyślić sobie cel. Jak miałem cel, żeby zejść poniżej czterech godzin, to wiedziałem, kiedy mam terminy maratonów i po prostu trenowałem, by w nich pobiec. A codzienność? O 5.30 dzwoni budzik i o szóstej jestem na dworze. Jak pada i jest na przykład minus dwa to w porządku, mróz czy śnieg mi nie przeszkadzają, biegałem nawet przy temperaturze -17 stopni. Problemem pojawia się wcześniej - żeby zmusić się do wstania, żeby tylko wyjść na dwór. Nigdy mi się nie zdarzyło, żeby po wyjściu przed dom nie chciało mi się pobiec.

A czy podczas ekstremalnych warunków biega pan na bieżni?

- Nie mogę, po pięciu minutach z nudów jestem tak zmęczony, że muszę zejść.

Co zrobić, by treningi nie były nudne, żeby to nie była żmudna praca, ale przyjemność?

- Rozwiązaniem jest na przykład bieganie z kimś. Teraz biegam z przyjacielem, który w ubiegłym roku miał czas w maratonie 3:13, więc jest sporo lepszy, ale te długie wybiegania po 20-30 km robimy razem. Ja troszkę za szybko niż zakłada mój plan, on troszkę za wolno, ale to nie ma specjalnie zbyt dużego znaczenia. Rozmawiamy sobie podczas biegu, to nam obydwu pomaga.

Biegam też z kolegą z pracy, raz w tygodniu spotykamy się na wspólny trening, rozmawiamy o sprawach służbowych podczas biegu, potem lądujemy na śniadaniu w Jeff's i kończymy rozmowę z otwartym notebookiem. W ten sposób mam kogoś do pobiegania, a jednocześnie robimy sobie odprawę. Zamiast siedzieć w pracy godzinę, to omawiamy sprawy zawodowe podczas wspólnego biegania.

Jaki wpływ na codzienne życie ma taki rygor treningowy, wstawanie o 5.30 rano i w ogóle uprawianie sportu?

- Bardzo pomaga, bo człowiek ma uregulowany tryb życia. Druga rzecz to lepsze dotlenienie organizmu. Po trzecie - to sposób na rozładowanie stresu. Poza tym bieganie uzależnia - szczególnie, jeśli widać efekty. Podobno ludzie, którzy biegają, są bardziej spokojni. Bieganie bardzo uczy też wytrwałości z życiu. Mam wrażenie, że większą różnicę w tym, co ludzie osiągają, robią nie ich zdolności, ale umiejętność postawienia sobie celu i świadomość tego, że ileś czasu trzeba zasuwać, zanim się go osiągnie. Większość ludzi ma ten problem, że za szybko "wymięka" po drodze.

W których biegach w Warszawie brał pan udział?

- Jak tylko mogę, to biegam w półmaratonie, Biegu Niepodległości, Biegu Konstytucji, Biegnij Warszawo, a maratony ostatnio traktuję treningowo: biegnę wtedy 30-32 kilometry i schodzę z trasy, bo zwykle kilka tygodni później startuję w kolejnym maratonie już za granicą. Ale dwa lub trzy razy ukończyłem Maraton Warszawski. Czasami treningowo biegam w cyklu Grand Prix Warszawy w Lesie Kabackim.

A gdyby miał Pan wymienić trzy najlepsze biegi za granicą, w których brał pan udział?

- Najlepszym biegiem jest maraton w Nowym Jorku. Oprócz olbrzymiej liczby ludzi, którzy biegną, niesamowici są kibice. Wszyscy pozdrawiają biegaczy, niektórzy wyciągają swoje instrumenty z garażu i grają. Inni rozkładają własne punkty z wodą, tak po prostu z dobrej woli. Pamiętam jak jedna kobieta wyszła na 30. kilometrze z wałkami do masażu i kto chciał, mógł sobie przez pół minuty wymasować bolące nogi. Kiedy się biegnie przez Harlem, chóry gospel stoją przed kościołami i śpiewają, to jest po prostu święto. Ale najfajniejsze ze wszystkiego jest to, że następnego dnia uczestnicy chodzą po mieście z medalami na szyi i wszyscy ich pozdrawiają.

Nie wiem jakby to u nas wyglądało, gdyby w poniedziałek ludzie wyszli w Warszawie z medalami maratońskimi na szyi. Inni by się chyba dziwnie na nich patrzyli. A tam to jest normalne.

A drugi bieg w tej piątce?

- Tokio. Tam też był świetny maraton, ale za to zupełnie inny. W Japonii też wszyscy świętują, jest mnóstwo kibiców, ale tam panuje "ordnung". O mało nie zostałem aresztowany, bo wszedłem nie do swojego sektora i nie dało się wytłumaczyć, że biegnę z koleżanką. Ale nie było innej możliwości i musiałem wrócić na swoje miejsce. Bardzo widać ten porządek na punktach z wodą. Tam nikt nie rzuca kubeczków na ulicę, tylko do dużych koszy ustawionych za punktem.

W maratonie w Tokio jest też ogromna frekwencja i losowanie, chętnych, co roku, jest około 300 tysięcy osób, a biegnie tylko 30 tysięcy. Dużo ludzi się przebiera na maraton, biegnie dla zabawy, ludzie fajnie to przeżywają.

Trzeci?

- Nie przed Nowym Jorkiem i Tokio, ale zaraz za nimi mógłby się znaleźć maraton w Wenecji. Miasto samo w sobie to już jest ogromny plus tego biegu. Oprócz tego dwie rzeczy były tutaj naprawdę fajne. Trasa biegu prowadziła z Padwy do Wenecji wzdłuż rzeki przez małe włoskie miasteczka. To było dla mieszkańców święto, ludzie wychodzili z domów, na trasie przygrywały nam zespoły muzyczne.

Jak na tle tych biegów wypada Maraton Warszawski?

- Odkąd wpisowe, niestety, podrożało, maraton znacznie się poprawił. Bieg jest organizowany na bardzo porządnym poziomie w porównaniu z zachodnimi. W zamian za wyższe wpisowe organizatorzy postarali się, żeby zrobić ten bieg profesjonalnie. Bardzo ważne w biegach są sektory startowe, punkty żywnościowe, dobry pomiar czasu i wyniki, które można szybko sprawdzić w internecie i to warszawskiemu maratonowi dobrze wychodzi.

Czy jeszcze coś można byłoby zaimportować z biegów zagranicznych do Polski?

- Gdybyśmy rozmawiali na ten temat trzy lata temu, to miałbym długą listę zastrzeżeń. Natomiast teraz, jeśli chodzi o warszawski maraton i półmaraton, to jest naprawdę bardzo fajnie. To, czego mi brakuje, ale na to organizatorzy nie mają już wpływu, to zbyt mała liczba sklepów dla biegaczy przed startem. Kilka lat temu w Paryżu to była ogromna hala targowa ze wszystkim, co jest potrzebne biegaczom.

Dla mnie ważna jest też kwestia zostawienia własnych odżywek w punktach żywieniowych. Była kiedyś taka możliwość podczas biegów w Polsce, ale później to zlikwidowano. W niektórych krajach nie można tego robić ze względów bezpieczeństwa, ale na przykład w Amsterdamie można zostawić własne odżywki. W Warszawie - nie.

Fajny pomysł można też ściągnąć z Wiednia. Tam na jednej trasie odbywa się maraton, półmaraton i sztafeta Ekiden, a na mecie jest czerwony dywan.

Inną sprawą jest nastawienie niektórych mediów do dużych biegów. W ubiegłym roku widziałem takie tytuły: "Biegacze znów sparaliżują Warszawę" czy "Kolejny paraliż miasta". Nie spotkałem się z tym w innych krajach. Za to w wielu z nich, na przykład w Nowym Jorku, Amsterdamie czy Tokio, następnego dnia w gazetach pojawiają się wyniki maratonu jako dodatek specjalny.

Dla niektórych maraton to wciąż przeszkoda, a nie fajna impreza sportowa.

- Może warto zrobić następnym razem wspólną akcję różnych mediów: że to święto biegania, że trzeba kibicować, że to fajne, zdrowe i pożyteczne. Tym bardziej, że z kibicowaniem w Polsce jest ciągle bardzo cienko. Spotkałem się nieraz na trasie biegu i z ludźmi pomstującymi na biegaczy lub policję, że im drogę zablokowali, i z takimi, co przebiegają między biegaczami po pasach zmuszając ich do zwolnienia. Kiedyś facet na rowerze nie ustąpił biegnącemu i musieliśmy go wymijać. Jakoś nie przypominam sobie żadnej takiej sytuacji za granicą.

Zobacz także
  • 34. Maraton Warszawski. Narodowe Święto Biegania i 20 tysięcy osób na starcie? To byłby absolutny rekord
  • Michał Szaflarski z Warszawa.sport.pl Granica 10 piętra i nogi jak z ołowiu, czyli jak biegłem na szczyt
  • Biegam po lesie 17 kilometrów po puszczy. Ruszają zapisy do Biegu Łosia
Komentarze (1)
Budzik biegacza dzwoni o 5.30, czyli warszawski maratończyk o tym gdzie, jak i dlaczego biegać
Zaloguj się
  • morfeusz_1

    Oceniono 2 razy 2

    Ja chcę zorganizować mistrzostwa świata w grze w kapsle na dystansie 1000 m na asfalcie i krawężolach.
    Chętni niech zgłaszają gotowość do gry na Sportowym Blogu Ferajny Morfiego

    pzdr

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najczęściej czytane