Sport.pl

Heartbreaker, nie złam mi serca! Derby na Służewcu okiem nowicjusza

- Drodzy państwo, przypominam, to ostatni moment, by typować wyniki siódmej gonitwy, zapraszamy do kas - zapowiedział spiker. Przy barze siedziało troje młodych ludzi.
Rusz się. Nocne bieganie, a może bitwa na rolki? Sprawdź, co jeszcze w Warszawie.

Dwóch facetów, około trzydziestki. Modne koszulki polo, przeciwsłoneczne okulary. Zegarki o wielkich, przyciągających wzrok tarczach. I młoda dziewczyna, w przepięknym kapeluszu. Namiętnie kreślili swoje programy gonitw. Kilka pozycji zaznaczonych kółkiem, kilka postawionych wykrzykników. Głos spikera zadziałał na nich niemal hipnotycznie. Bez słowa wstali, porozumiewawczo skinęli sobie głowami i ruszyli w stronę kas.

- Przyjmujemy zakłady zwyczajne, a także porządek, triplę, czwórkę i kwintę. Najprostszy zakład to porządek - typują w nim państwo konie, które zajmą dwa pierwsza miejsca w gonitwie, bez względu na kolejność - z głośników popłynęła jeszcze jedna wskazówka. Zmąciła spokój tym, którzy pewni swojego typu stali przed kasą i by nie pomylić kolejności koni, powtarzali ją cichutko pod nosem. Jak studenci stojący przed drzwiami auli i czekający na decydujący egzamin. Ostatnie poprawki, zwycięski typ wyrecytowany kasjerowi, w prawej dłoni odliczona suma na zakład i klamka zapadła. Kupon z typem już w ręce. Można odetchnąć. I czekać.

A wyścigi konne to właśnie czekanie. Czekanie przy kasie, czekanie na gonitwę, w końcu chwila podniesionej adrenaliny. I znów czekanie. Na ostateczne wyniki.

***

To była gorąca, wręcz upalna niedziela, 7 lipca. Na Służewcu - Gala Derby, wyjątkowy dzień. Nagroda Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Pula niemała, w sumie 175 tysięcy złotych, choć do podziału. Na dżokeja, trenera, właściciela konia. - A czy koń też dostanie swoją dolę? - ktoś zastanawia się głośno.

Trybuny - pełne. Wokół barku mnóstwo stolików, wolnych miejsc na lekarstwo. Dziesiątki osób, setki rozmów. Kto przyjechał tego dnia na Służewiec? Nowicjusze. Ci, którzy są tutaj dla przygody, dla spotkania ze znajomymi, dla których to dopiero pierwsza bądź jeden z pierwszych wizyt na torze.

Ale są też stali bywalcy, smakosze wyścigów. Kochający sztukę jeździecką. Pomiędzy głównym torem a padokiem, gdzie przed wyścigiem można przypatrzeć się startującym za kilka chwil koniom, spacerują piękne kobiety ubrane w niecodzienne sukienki, na głowach noszące kapelusze jakby wyjęte z innej epoki. Obok nich mężczyźni - niektórzy w garniturach, niektórzy ubrani na sportowo. Młodzi, uśmiechnięci. Wymuskani. Są też starsze pary - odświętne stroje, mężczyzna w kremowym garniturze z chusteczką w kieszeni na prawej piersi.

Ale są też tacy, na których twarzach widać już tylko zmęczenie. Zobojętnienie w oczach, puste spojrzenie przed siebie. Tor Służewiec. Miejsce dla wszystkich. Od wczesnego popołudnia aż do wieczora.

***

Była 16, gdy słońce przestało grzać tak mocno. Ale ludzi tylko przybywało. Siedziałem przy stoliku w barze, wolałem nie pchać się do pierwszych rzędów. Przyglądałem się całej imprezie, jak sądziłem, z boku. Ale i ja - nowicjusz, zielony, wyścigi znający tylko z książek "starego świntucha" Charlesa Bukowskiego, dałem się skusić. Zagrałem.

W piątej gonitwie miałem fart - wygrałem, obstawiając porządek. Nie zawiodły mnie trzyletnie ogiery - Dżingiel i Madjani. Wygrałem! Starczyło na kolejny kupon. Czyli na szóstą gonitwę. W końcu Derby! - Płacą osiem dych za kupon - podpowiedział mi starszy pan siedzący obok. Gram.

Ale najpierw łyk zimnego napoju. I lektura. Program gonitw. Czytam ocenę szans koni, z której wynika, że faworytem będzie Pillar, którego performance to pasmo sukcesów. Jest to świetny klasowy koń, pytanie, czy dopisze mu także szczęście, które jest nieodzownym elementem gonitwy Derby. Ha! Świetne pytanie...

Czytam dalej i wiem, że kandydatów do miejsc na podium nie brakuje. To przede wszystkim czwórka koni ze stajni Andrzeja Walickiego. Najwyższą pozycję w handicapie generalnym ma Hurricane Seven. Za ogierem przemawiają bardzo dobry występ w nagrodzie Iwna oraz dosiad Tomasa Lukaska. Stajenny dżokej wybrał klacz Kundalini, która ścigając się z najlepszymi, tylko raz wypadła z porządku. To mocna klacz, która nie boi się dystansu. Dystansowym koniem jest też półbrat Pillara, Patronus zmierzający do Derby okrężną drogą. Trener stwierdził jednak przed sezonem, że ogierowi brakuje klasy.

Startują jeszcze, z mniejszymi szansami, Admiral Quest, Tymon, Espadon, Heartbreaker, They Call Me Red, Mahari, Atlantic Star, Suo i Just Love.

***

- Drodzy państwo, przypominam, to ostatni moment, by typować wyniki siódmej gonitwy, zapraszamy do kas - zapowiedział spiker. Przy barze siedziało troje młodych ludzi. Głos spikera zadziałał na nich niemal hipnotycznie. Bez słowa wstali, porozumiewawczo skinęli sobie głowami i ruszyli w stronę kas. A ja za nimi.

- Faworyt, gram na faworyta. I czarnego konia. Porządek! Przecież to najłatwiejszy zakład - postanowiłem, stojąc w długiej kolejce. Gdzieś w tle słyszałem rozmowę młodej pary. Mężczyzna tłumaczył kobiecie meandry gry na wyścigach: - Wygrać możesz, przegrać musisz.

Wyścig miał kwadrans opóźnienia, zdążyłem obstawić swoje konie. Pillar i Heartbreaker. Z kuponem w ręce powędrowałem na trybunę. Stojąc w tłumie naskórnie wyczuwałem wiszące w powietrzu podekscytowanie i oczekiwanie. Ludzie trzymali w rękach bilety, głośno dyskutowali, śmiali się. Na torze już wszystko gotowe. Konie jeden po drugim wchodziły do boksów startowych. Niezapomniany widok. Z głośników głos spikera. - Bomba w górę. Admiral Quest wszedł do boksu perfekcyjnie. Czas na Tymona Pięknie! Hurricane Seven niespokojny. Przypominamy, to ostatnia chwila, by obstawić wynik gonitwy siódmej. I już! Już poszły!

Ruszyły. Z impetem. Czołówka mknęła co sił, kilka koni nie miało co liczyć na zwycięstwo i tułało się na końcu stawki. Kilka gorących chwil, wyczekiwania, podekscytowania. Zdawałoby się mgnienie oka. - Dawaj, Pillar! Dawaj, raz, raz! - krzyczał młody mężczyzna za moimi plecami. Pędzące konie, skupieni dżokeje, zakręt, już ostatnia prosta i wszystko jasne. Pillar zaatakował za szeroko i za wcześnie, przegrał o kilka długości. Zajął trzecie miejsce. Za Patronusem i Kundalini. - Pillara nie ma w dwójce? Ale jaja, będzie kasa! - cieszy się facet obok mnie. Obok, kilka kroków dalej, dziewczyna wpadła w ramiona swojego chłopaka. - Wygrałam, niesamowite, moje konie wygrały!

Mój kupon powędrował do kosza.

Jednak w ogóle nie czuję goryczy. Porażka? Absolutnie - świetna zabawa. Uśmiecham się do siebie. Zachodzi słońce. Przed wyjściem spoglądam na tablicę z terminarzem wyścigów, sprawdzam, kiedy są następne. Obok mnie kilka osób, na pierwszy rzut oka nowicjuszy, wyciągają notesiki i notują. Wrócą. Ja też.

Warszawa.sport.pl na Facebooku. Sprawdź nas!

Więcej o: