Puchar Davisa. Żółto-zieloni fanatycy na Torwarze

Istnieją od 16 lat. Jeżdżą za australijskimi sportowcami - i nie tylko za nimi - po całym świecie. Przyjechali właśnie do Warszawy na decydujący o awansie do grupy światowej Pucharu Davisa mecz z Polską. Mimo że było ich 50 w hali Torwar, byli bardziej słyszalni niż polscy kibice


- To grupa Fanatics. Są niesamowici. Pamiętam, że zaczęli swoją przygodę z tenisem, kiedy ja grałem pierwsze mecze w Pucharze Davisa. Od tej pory jeżdżą za nami wszędzie, bywają również na turniejach wielkoszlemowych. Dopingowali mnie na Wimbledonie - mówił o fanach z Australii Lleyton Hewitt, jeden z najwybitniejszych tenisistów świata, zwycięzca Wimbledonu z 2002 roku i US Open z 2001, były numer 1 w rankingu ATP.

Znając dobrze zwyczaje Fanatics nietrudno było ich dojrzeć jeszcze przed spotkaniem. Rozsiedli się w najbliższym pubie pod trybuną stadionu Legii ubrani w żółte koszulki, popijali piwo, głośno śpiewali. Nikomu nie wadzili, budzili co najwyżej zrozumiałą ciekawość. Na trybunach było podobnie. Wyróżniali się w wypełnionej prawie po brzegi hali warszawskiego Torwaru. Zagłuszali stołeczną, często niemrawą publiczność. Wykonywali repertuar adekwatny do wydarzeń meczowych. "Baby, don't hurt me, don't hurt me, no more" - zabrzmiało, gdy Hewitt prowadził w gemie z Łukaszem Kubotem 40:0. Kiedy Hewitt miał wygrał punkt na 5:2 zaśpiewali: "So good". - Przy całej swojej hałaśliwości i fanatyzmie zachowują się fantastycznie. Doskonale rozumieją tenis. Nie wydają dźwięków podczas wymian - opowiadał Hewitt.

Grupa "ultrasów" z antypodów stworzyła unikalną społeczność, prowadzi nawet własne biuro podróży. Dopinguje swoje reprezentacje również w innych popularnych w kraju dyscyplinach: rugby, krykiecie, piłce nożnej (oglądali ostatnią porażkę piłkarzy z Brazylijczykami 0:6). Razem uczestniczą w wydarzeniach pozasportowych, szczególnie tam gdzie można się nieźle pobawić. Wkrótce wybierają się na Oktoberfest.

Czy to ich obecność pomogła Australijczykom w objęciu prowadzenia w pierwszym dniu meczu Pucharu Davisa? Nie. - Nasza publiczność była fantastyczna, wspaniale mnie dopingowała. Miał być wybuch z mojej strony, a go nie było. Zderzyłem się z murem, którego nie potrafiłem rozbić. Chylę czoła przed takim przeciwnikiem - tłumaczył się po spotkaniu z Hewittem Łukasz Kubot. Przegrał szybko 1:6, 3:6, 2:6. W kolejnym - dużo bardziej zaciętym pojedynku - Michał Przysiężny uległ Bernardowi Tomicowi 5:7, 6:7(1), 4:6 Australijczycy prowadzą 2:0.

W sobotę o godz. 14 rozpocznie się gra podwójna. Najprawdopodobniej Mariusz Fyrstenberg i Marcin Matkowski zagrają z parą Hewitt/Chris Guccione (kapitanowie mają prawo do zrobienia zmian godzinę przed meczem). Jeśli Australijczycy wygrają, awansują do grupy światowej już w sobotę. W niedzielę od godz. 12 single. Odbędą się nawet wtedy, gdyby Australijczycy prowadzili 3:0. Wówczas jednak gry pojedyncze będą się toczyć do dwóch wygranych setów.

Podyskutuj z autorem na twitterze »