Bartosz Chojnacki, warszawski mistrz na rolkach: Wiem, jak wygląda piekło

21-letni Bartosz Chojnacki, trzeci zawodnik klasyfikacji generalnej Pucharu Świata w jeździe szybkiej na rolkach, multimedalista mistrzostw Polski, który na co dzień ściga się w warszawskim zespole Mapei-Ambra-BDC World Inline Team, opowiada o swoich początkach, popularności rolek na świecie i ekstremalnym wyścigu w Chinach.
Michał Szaflarski: Czy czołowy rolkarz świata na dystansie maratońskim, jeździ czasem w warszawskim Nightskatingu?

Bartosz Chojnacki: - Oczywiście, jeżeli tylko mogę, staram się pojawiać na Nightskatingu. Uważam, że takie przejazdy to wspaniała inicjatywa. Trzeba pokazać, że jazda na rolkach to prężnie rozwijająca się dyscyplina sportu i coraz więcej ludzi garnie się do tego. Szkoda tylko, że z tych ponad kilku tysięcy rolkarzy tak mało ludzi bierze udział w zawodach. Są specjalne kategorie dla amatorów, tzw. wyścigi fitness, gdzie każdy mógłby się zmierzyć zarówno sam ze sobą, ale także z innymi uczestnikami. Jeśli ktoś potrafi rekreacyjnie przejechać około 20 kilometrów na Nightskatingu, to spokojnie może też wystartować w takim biegu. Trzeba się tylko przełamać, a każde następne starty będą coraz większą frajdą.

A ty jak zaczynałeś? Od zawsze były rolki czy próbowałeś po drodze innych sportów?

- Mój tata, Jarosław, był bardzo dobrym kolarzem, a zimą, kiedy jazda na rowerze jest bardzo utrudniona, trenował w sekcji jazdy szybkiej na łyżwach. Często zabierał mnie jako dzieciaka na przejażdżki rowerowe, ale zimą miałem ten sam problem i dlatego zostałem zapisany na łyżwy do klubu na Stegnach. Sprawiało mi to ogromną frajdę, ale ja uwielbiam lato i wtedy lepiej się czuję niż zimą. Łyżwiarze po sezonie zimowym zmieniają panczeny na rolki. Też tak zrobiłem, spróbowałem wtedy jazdy na rolkach i tak zostało do dzisiaj. Dlatego mogę powiedzieć, że to rolki wybrały mnie, a nie ja rolki.

A w jakim wieku zacząłeś jeździć?

- Ścigam się już od szóstej klasy szkoły podstawowej, czyli mniej więcej od 12. roku życia. Wtedy wziąłem udział po raz pierwszy w mistrzostwach Polski. To był zarówno bardzo piękny, jak i smutny okres podczas mojej dotychczasowej przygody z rolkami. Zdobyłem wtedy swój pierwszy medal w wyścigu na 300 metrów, jednak w kolejnym biegu miałem bardzo poważny upadek, gdzie wybiłem zęby oraz złapałem kilka poważnych "szlifów". Pościerane miałem dosłownie prawie całe ciało. Trafiłem wtedy do szpitala i miałem dosyć długą przerwę od rolek. Mimo wszystko moja chęć ścigania nie zgasła, wróciłem "głodny" startów. W tym samym roku dostałem powołanie na obóz reprezentacji. Nie wiem, czy to było w ramach jakiejś rekompensaty, ale wtedy mogłem z powrotem zacząć regularnie trenować na wysokim poziomie. Zacząłem regularnie startować, a na każdych kolejnych mistrzostwach Polski zdobywałem medal, nawet kiedy startowałem w niższych kategoriach wiekowych zdarzało mi się wygrywać z seniorami. Jeździłem też na zawody zagraniczne, na mistrzostwach Europy zająłem piąte miejsce. Ta sytuacja z wypadkiem nauczyła mnie, że nigdy nie należy się poddawać. Czasem lepiej zrobić jeden krok do tyłu, aby później zrobić dwa do przodu.

W tym roku, w wieku 21 lat, zająłeś trzecie miejsce w Pucharze Świata w maratonie podczas pierwszego sezonu startów w tym cyklu. To twój największy sukces do tej pory?

- Rzeczywiście, to mój największy sukces w karierze i historii polskiego wrotkarstwa szybkiego wśród mężczyzn. Nie ma innego cyklu zawodów na rolkach, który miałby większą rangę niż Puchar Świata. Startowałem we wszystkich wyścigach za wyjątkiem edycji w Korei Południowej. Zawsze plasowałem się w czołówce, w okolicach pierwszej dziesiątki, najwyżej byłem ósmy. W takim cyklu jak ten trzeba prezentować wysoką, równą formę przez cały sezon. To mi się udało i dlatego na koniec mogłem cieszyć się z trzeciego miejsca. Z tego powodu jestem bardzo szczęśliwy.

Który wyścig był najtrudniejszy?

- Ciężko jednoznacznie stwierdzić, ponieważ każdy wyścig jest wyjątkowy i ciężki na swój sposób. Ale z pewnością najbardziej ekstremalny start był w sierpniu w Suzhou w Chinach. Jechaliśmy wtedy w ogromnym upale. To było istne piekło. Bardzo wysokie temperatury, ogólnie warunki atmosferyczne, smog, zmiana stref czasowych były dla Europejczyków sporym utrudnieniem. Ale trzeba się ścigać w każdych warunkach atmosferycznych. Dzięki temu stajemy się twardszymi zawodnikami, bardziej odpornymi na różnego rodzaju przeciwności. Ale to była naprawdę sytuacja ekstremalna. Teraz wiem jak wygląda piekło.

A oprócz Pucharu Świata, które zawody zrobiły na tobie największe wrażenie?

- Z pewnością Maraton Berliński na rolkach. To wyścig, gdzie startuje około 10 tysięcy osób. W Berlinie startowałem tylko raz, w ubiegłym roku. Na trasie udało mi się trochę pouciekać, pokazać się, ale na metę przyjechałem w głównym peletonie. W tym roku wolałem wystartować w Maratonie Warszawskim. Możliwość jazdy na Stadionie Narodowym przyprawia o szybsze bicie serca. Atmosfera tego obiektu sprawia, że chce się jechać jeszcze szybciej. Trzeba promować ten piękny sport na rodzimym podwórku i sprawić, żeby ludzie złapali "bakcyla" rolek. Mamy duży potencjał i jestem przekonany, że w przyszłości każdy będzie chciał uprawiać tę dyscyplinę sportu.

Na Zachodzie rolki są bardziej popularne niż w Polsce?

- Nie tylko na Zachodzie. W ubiegłym roku brałem udział w maratonie w Estonii, który udało mi się wygrać. W kraju, który liczy mniej mieszkańców niż Warszawa wystartowało prawie dwa tysiące rolkarzy. To jest fenomen. W Polsce w Maratonie Sierpniowym, w Gdańsku i imprezach towarzyszących udział bierze około 700 rolkarzy. Mam jednak nadzieję, że niedługo pod względem frekwencji wyprzedzimy Estończyków.



Skąd w takim razie taka popularność rolek w Niemczech czy Estonii?

- Wydaje mi się, że mieszkańcy tych krajów, ale nie tylko tych, bo podobnie jest na przykład w Holandii czy Francji, mają zupełnie inne podejście do sportu. Musimy się nauczyć takiej świadomości sportowej, bo tego z pewnością nam brakuje. W innych państwach potrafią zamykać największe miasta na cały dzień. Tak jest np. w Berlinie. Stolica Niemiec tylko we wrześniu jest zamknięta przez dwa dni i nikt nie narzeka. Tamtejsi obywatele potrafią wraz ze sportowcami celebrować takie chwile i to jest najwspanialsze uczucie, kiedy stajesz na linii startu w obcym kraju, a tysiące kibiców wiwatuje na twoją cześć. Takie chwile, styl życia są wyznacznikiem pozytywnych zmian i marzę o tym, żeby tak było u nas.

Ale u nas też coś się ruszyło. W tym roku po raz pierwszy w Warszawie mieliśmy dwie spore imprezy dla rolkarzy: Roller Cup w Wilanowie i tydzień później Maraton Warszawski na rolkach.

- Tak, i oby to wszystko szło w tym kierunku. Obydwie imprezy były przygotowane na najwyższym poziomie. Świetne trasy, z dobrym asfaltem. Jestem szczęśliwy, że takie zawody są u nas zorganizowane. Ważne jest też to, że jazda szybka na rolkach podobała się kibicom, którzy często po raz pierwszy mogli obserwować zmagania zawodników tej dyscypliny sportu.

Podczas tych dwóch ostatnich wyścigów w Warszawie wasz zespół, czyli Mapei-Ambra-BDC World Inline Team nie dał szans innym zawodnikom. Ty wygrałeś Roller Cup w Wilanowie, a Twój kolega z teamu Wojciech Baran był drugi, zaś tydzień później kolejność na mecie była odwrotna.

- W tym roku mieliśmy mocną ekipę. Zajęliśmy z Wojtkiem dwa pierwsze miejsca w Pucharze Polski w maratonie, z dobrej strony pokazaliśmy się podczas zawodów Pucharu Świata. Ale oprócz nas w teamie jest jeszcze kilku dobrych zawodników i zawodniczek, np. Martyna Oficjalska była druga w Pucharze Polski. Wspólnie pracujemy na sukces naszej drużyny.

Jak duży jest wasz zespół?

- Wraz z obsługą i zawodnikami jest w sumie osiem osób, z czego sześć to zawodnicy. Szczególną rolę odgrywa mój tata, który zajmuje się pozyskiwaniem sponsorów, jest swego rodzaju "bossem". Ale każdy z nas zna swoje obowiązki. Mamy wspólne cele, do których razem dążymy. Stale się rozwijamy i nie zamierzamy osiąść na laurach. Wiadomo, że są różnego rodzaju wzloty i upadki, ale my robimy swoje.

Ile godzin tygodniowo poświęcasz na treningi?

-Trenuję praktycznie codziennie, kilkanaście godzin w tygodniu, ale to zależy od rodzaju treningów, momentu sezonu i aktualnej dyspozycji, w jakiej się znajduję. W sporcie zawodowym każdy musi poznać siebie, musi wiedzieć, w czym jest dobry i wie, czego potrzebuje. Mną opiekuje się tata, z nim trenuję i korzystam z jego kolarskiego doświadczenia. Zdarzają się ciężkie chwile, ale ogólnie bardzo dobrze się dogadujemy i dobrze nam się razem pracuje.

Czy udaje ci się w takim razie cały rok jeździć na rolkach, skoro zimą niezbyt lubisz jeździć na łyżwach?

- Mam chyba najdłuższy sezon ze wszystkich rolkarzy w Polsce. Zaczynam ścigać się w marcu, a ostatnie zawody mam w listopadzie. W ciągu całego sezonu ścigam się praktycznie co weekend, co daje ponad 40 wyścigów w roku. Z kolei zimą mam alternatywy, jeżeli chodzi o łyżwy i chętnie z nich korzystam.

A co z pogodą? Wczesną wiosną lub późną jesienią zdarza się u nas śnieg...

- Zasadniczo pogoda nie ma znaczenia, ścigamy się w każdych warunkach. W tym roku w połowie marca, na zawodach w Niemczech, koło Dortmundu, na starcie zaczął padać śnieg, a my mimo to wystartowaliśmy normalnie.

Nie czujesz się zmęczony sezonem przy ponad 40 startach?

- Pod koniec sezonu zmęczenie mocno daje się we znaki, ale muszę pamiętać o tym, aby dobrze się przygotować przed wyścigami i zachować równą formę podczas wszystkich biegów. To jest ciężki sport. Tutaj nie da się nikogo i niczego oszukać. W sezonie cały czas jestem w podróży, na wyścigach, treningach, no i muszę się jeszcze uczyć. To taki mój mały rollercoaster.

Masz jakichś idoli sportowych?

- Imponuje mi Maja Włoszczowska, która ściga się na rowerze, cały czas jest w światowej czołówce, nie obnosi się ze swoimi sukcesami, a swoim działaniem stara się cały czas promować sport. Po kontuzji, którą odniosła przed igrzyskami olimpijskimi podniosła się i wróciła ze zdwojoną siłą. Ma charakter prawdziwego wojownika i za to ją cenię.

Kto jeszcze?

- Przez wiele lat był to Lance Armstrong. Wydaje mi się, że nawet mimo dopingu wygrać Tour de France siedem razy z rzędu, to jednak trzeba mieć "pod nogą". Można się z tym zgadzać lub nie, ale sam doping też nie jedzie i również o tym trzeba pamiętać. Dobry, mocny silnik w samochodzie bez paliwa przecież też nigdzie nie pojedzie.

A kto jest obecnie gwiazdą, jeśli chodzi o rolki?

- Gwiazdą tego sportu jest zdecydowanie 22-letni Belg Bart Swings, który uprawia zarówno łyżwiarstwo szybkie, jak i rolkarstwo. Bardzo dobrych zawodników ma jeszcze na przykład Szwajcaria, Francja, Kolumbia czy Wenezuela.

Wspomniałeś wcześniej, że w sezonie ciągle jesteś w rozjazdach, trenujesz, startujesz w zawodach i jeszcze studiujesz. Jak udaje ci się to wszystko pogodzić?

- Przez tyle lat nauczyłem się to robić. Jazda na rolkach nie przeszkadza mi w studiowaniu, a wręcz przeciwnie, jestem w gronie najlepszych studentów na moim kierunku. Sport uczy cwaniactwa i kombinowania, to szkoła życia i przydaje się na co dzień, również w szkole i na studiach. Gdyby nie sport, to w wielu sytuacjach w szkole pewnie bym sobie nie poradził i się załamał.

Czy wyobrażasz sobie, że w przyszłości mógłbyś żyć tylko z uprawiania sportu?

- To zależy od tego, jakie będę miał wyniki w przyszłości. Jeśli będę dobry, to może mnie zaangażuje któraś z najlepszych drużyn na świecie, na przykład Powerslide z Niemiec czy Swiss Skate Team ze Szwajcarii. Jestem jeszcze młody i wszystko przede mną. Kiedyś już otrzymałem propozycję jazdy za granicą, ze Szwajcarii właśnie, ale to nie było to, o czym marzyłem.

Jakie masz plany na przyszły rok?

- Te plany nie są jeszcze sprecyzowane. Na razie raczej myślę o tym, żeby odpocząć, a dalej zobaczymy w jakiej postaci powróci nasz team. Będę chciał powtórzyć wyniki z minionego sezonu, obronić trzecie miejsce w Pucharze Świata, ale sport jest nieprzewidywalny i trudno tutaj szacować. Mam nadzieję, że będę jeszcze mocniejszym zawodnikiem niż w tym sezonie i pokażę na co mnie stać.