Sport.pl

Tomasz Rudko, najlepszy streetballowiec w Polsce, z Dzikimi Wężami chce podbijać Europę

- Gdy pojawiamy się na turniejach w Polsce, słychać już pomruk: ?Będzie ciężko, przyjechały Dzikie Węże?. Teraz czas, by usłyszeli o nas na świecie - mówi Tomasz Rudko, najwyżej sklasyfikowany Polak w światowym rankingu koszykówki 3x3.


Czy znacie ranking, w którym polscy sportowcy byliby sklasyfikowani na pierwszym miejscu? Okazuje się, że nr. 1 w światowym rankingu są polscy koszykarze, którzy grają w odmianę trzech na trzech, czyli 3x3. Polacy wyprzedzają Brazylijczyków i Słoweńców, choć trzeba przyznać, że pierwsze miejsce zawdzięczają nie tyle najlepszym zawodnikom na świecie, co aktywnością federacji - w rankingu najważniejsza jest liczba rozegranych turniejów, a w tym polskie drużyny są mocne.

Koszykówka 3x3 rozwija się z roku na rok, coraz częściej mówi się, że niedługo może pojawić się w programie igrzysk. Organizowane przez FIBA turnieje łączą streetball, czyli koszykówkę uliczną, gdzie atutem są twarde łokcie i silne ręce z koszykówką, którą znamy z NBA - uregulowaną sztywnymi zasadami grą pięciu na pięciu.

W rankingu indywidualnym - na 40. miejscu - najwyżej sklasyfikowani są Tomasz Rudko z warszawskiego Bemowa oraz jego kolega z zespołu Dzikie Węże Piotr Wójcik, który pochodzi z Pomorza. 24-letni Rudko, który w "normalnej" koszykówce jest obecnie skrzydłowym drugoligowego KS Piaseczno, to założyciel Dzikich Węży, które przed pięciu laty zaczęły od dominacji na lokalnych turniejach na Bemowie, a dziś walczą jak równy z równym na najważniejszych turniejach w Europie.

Piotr Wesołowicz: Pamiętasz boisko, na którym oddałeś swoje pierwsze rzuty do kosza?

Tomasz Rudko: Oczywiście, było za moim blokiem. Totalnie niepraktyczne. Wyłożone kostką brukową, która kończyła się tuż za tablicą. A za linią końcową był dół. Trzeba było rzucać z dystansu, bo wejście pod kosz groziło bolesnym upadkiem. Może dlatego teraz tak niechętnie rzucam z dwutaktu?

Kogo naśladowałeś - Michaela Jordana?

- Wszyscy chcieli grać jak Jordan, a ja podpatrywałem Allena Iversona. Jako nastolatek podziwiałem go, próbowałem naśladować na boisku jego zwody. Załapałem się na końcówkę koszykarskiego boomu w Polsce. Na boisku zawsze było pełno ludzi, ciężko było w ogóle się na nie dostać. Fajne czasy.

Zliczyłbyś godziny, które spędziłeś na boisku przy Szadkowskiego, na którym właśnie stoimy?

- Oj, byłoby ciężko. Właściwie to niemożliwe - gram tu od lat. Zawsze przychodziła tu fajna paczka, najlepsi gracze z okolicy. Martwi mnie tylko to, że praktycznie od 10 lat gram z tymi samymi ludźmi. Nie widać chętnej do gry w kosza młodzieży. Może ta, która trenuje w klubach, boi się wyjść na streetball, by przypadkiem nie złapać kontuzji? Dla mnie to była konieczność, by nadrobić zaległości.

Uwielbiam grać na dworze - tu nie ma żadnych ograniczeń. Ćwiczysz to, na co masz ochotę - rzucasz za trzy, dryblujesz, grasz pod koszem. Streetball daje dużo większą swobodę niż tradycyjna koszykówka. W grze pięciu na pięciu skupiasz się na konkretnym zadaniu, które masz do wykonania. A na betonie możesz zrobić wszystko. W pierwszych latach trenowania w Legii moi trenerzy mówili mi, że mam nie kozłować i nie rzucać, tylko zbierać i oddawać piłkę kolegom. Gdybym posłuchał tych rad, to pewnie za wiele bym w koszykówce nie zwojował. To właśnie na osiedlowym boisku nauczyłem się kozłowania, rzucania za trzy punkty czy trafiania z półdystansu.

Z drugiej strony ćwiczyć w klubie zacząłem dość późno, pierwszy mecz rozegrałem mając 16 lat. Wcześniejsze dwa lata tylko trenowałem - Legia nie zgłosiła naszego rocznika do rozgrywek, po prostu ćwiczyliśmy na sali treningowej. Więc dlatego mówię, że gdyby nie streetball, to mógłbym spisać te dwa lata na straty. Brak gry na parkiecie odbijałem sobie rywalizacją na betonie. To był jedyny sposób, by się rozwijać.

Dlaczego nie zdecydowałeś się rozpocząć treningów wcześniej?

- Jako czternastolatek z braku innych opcji próbowałem dostać się do Polonii. Usłyszałem jednak od trenera, że jestem za stary, za słaby i właściwie to nic już ze mnie nie będzie. Na szczęście się go nie posłuchałem

W Legii poznałeś swojego przyjaciela, z którym przez lata grałeś w Legii, a teraz tworzycie trzon Dzikich Węży, czyli Michała Wojtyńskiego.

- Przez praktycznie całą młodość, którą spędziłem na boisku, towarzyszył mi Michał. Zaczęło się od gimnazjalnego turnieju, w którym stanęliśmy naprzeciwko siebie. Już nie pamiętam, kto wygrał. W każdym razie tydzień później Michał pojawił się na treningu Legii. Od tego czasu trzymamy się razem. Z chłopakami z Dzikich Węży śmiejemy się, że Michał to człowiek bez psychiki, ma stalowe nerwy. Wyznaje zasadę, że skoro dziesięć poprzednich jego rzutów nie wpadło do kosza, wcale nie oznacza, że nie wpadnie jedenasty. Kilka razy wygrywał w ten sposób mecze, jest specjalistą w rozwiązywaniu sytuacji niemożliwych.

Znów wracamy do boiska na Szadkowskiego. To tu jest rozgrywany turniej, od którego zaczęliście swoją przygodę ze streetballem.

- Pamiętam, że wygraliśmy pierwszą edycję Bemowo Streetball Challenge, to był 2008 rok. Drugą zresztą też. I kolejną. Właściwie to chyba mamy abonament na zwycięstwo. Zabrakło nas dopiero podczas ostatniej edycji. Ponoć organizator, wręczając nagrody zwycięzcom, powiedział, że wygrali tylko dlatego, że na turnieju nie było Dzikich Węży.

Kto jeszcze tworzy drużynę Dzikich Węży?

- Piotr Wójcik i Przemek Lewandowski. Z Michałem jesteśmy w drużynie od początku i właściwie tworzymy niezmienny trzon zespołu. Parę razy zdarzały się w składzie roszady, ale nasz duet pozostawał bez zmian. Wszyscy we czworo jesteśmy dobrymi przyjaciółmi. Jeździmy razem na turnieje, spędzamy sporo czasu, nie tylko na boisku. Byliśmy wspólnie w tylu miejscach, przejechaliśmy w jednym wozie tysiące kilometrów... Wiadomo - w takich sytuacjach relacje się zacieśniają. Ale bywamy też sobą zmęczeni. Kłótnie na boisku są normą. Ale to też zupełnie naturalne - lubimy czasem na siebie pokrzyczeć, trochę poprzeklinać, wyrzucić z siebie emocje. Ale nie zdarzyło się, byśmy się na siebie obrazili. Sprawy sportowe zostawiamy na boisku.

Co jest waszą siłą?

- Bardzo równy skład. Mamy czterech graczy o podobnym wzroście i wadze. Każdy z nas potrafi przywalić za trzy, postawić dobrą zasłonę. Jaka jest moja rola w zespole? Taka jak wszystkich - rzucać z czystych pozycji i pomagać zespołowi w obronie.

Wróćmy do maja 2008 roku. Wygrywacie swój pierwszy turniej na Bemowie. Do bycia drugą najlepszą drużyną w Polsce droga jeszcze daleka

- Zgadza się. Ale wtedy po raz pierwszy zobaczyliśmy, że idzie nam coraz lepiej. Utwierdziliśmy się w tym przekonaniu rok później podczas turnieju EuroBasket 3x3 przy okazji mistrzostw Europy rozgrywanych w Polsce. Tam też byliśmy najlepsi. Zaczęliśmy więc szukać nowych wyzwań.

Co było przełomowym momentem?

- Zdecydowanie turniej organizowany przez Marcina Gortata w 2011 roku. Świetna impreza, pod Pałacem Kultury spotkały się najlepsze drużyny w kraju. W trakcie półfinałów zaczął jednak padać deszcz, finał przypominał więc bardziej jazdą figurową na łyżwach niż mecz kosza. Rywale, którzy byli od nas silniejsi fizycznie, okazali się za mocni... Ciężko to przeżyliśmy, tym bardziej że nagrodą był wyjazd do USA na mecz Gortata. A my za drugie miejsce zdobyliśmy tylko koszulki. Taki jest właśnie streetball - zwycięzca bierze wszystko. Ale my właśnie po tym finale zaczęliśmy dostawać propozycje wzięcia udziału w turniejach.

To drugie miejsce trochę was prześladuje, bo rok później podczas mistrzostw Polski też nie udało się wygrać w finale.

- Niestety, tak to jest, streetball to niezwykle trudna i nieprzewidywalna gra, w której w ciągu minuty można wygrać mecz lub zaprzepaścić swoje szanse. Tamtym razem większą koncentracje zachowali przeciwnicy. Niemniej - to był nasz najważniejszy mecz w dotychczasowej przygodzie ze streetballem. Otworzył nam drogę do gry za granicami kraju - w Czechach, w Rosji... A mamy nadzieję, że to dopiero początek.

Na streetballu da się zarobić?

- Gdybyśmy robili to dla pieniędzy, już dawno dalibyśmy sobie spokój. Mamy inne cele: chcemy zdobyć mistrzostwo Polski, zaistnieć na świecie, wyrobić sobie markę. Gdy pojawiamy się na turniejach w Polsce, słychać już pomruk: "Będzie ciężko, przyjechały Dzikie Węże". Teraz czas, by usłyszeli o nas na świecie. Gramy z pasji i dla przyjemności. Z drugiej strony nie chcielibyśmy do tego dopłacać, a naszym głównym problemem były koszty przejazdów. A te są spore - w sezonie praktycznie co weekend jeździmy po całej Polsce, trzy razy byliśmy w Czechach, na Ukrainie, w Rosji, w Sankt Petersburgu.

Macie przecież sponsorów.

- Jednego udało nam się pozyskać w dość zabawny sposób. Pojechaliśmy na turniej do Kielc, który wygraliśmy. W nagrodę dostaliśmy... koszulkę i medal. Szkoda, liczyliśmy na jakieś fajne nagrody. Ale mówi się trudno. Zbieraliśmy się do Warszawy, gdy zaczepił nas jeden z zawodników z drużyny, którą ograliśmy w turnieju. Zaproponował nam współpracę. Okazało się, że jest pracownikiem firmy 4UP Energy, producenta napojów energetycznych. Jego drużyna dostała takie lanie, że pewnie uznał, że warto w nas zainwestować.

Opowiesz o różnicach między tradycyjną koszykówką a tą na betonie?

- To dwa zupełnie inne sporty. Przepisy różnią się może nie diametralnie, ale z pewnością znacząco. Gra 3x3 jest o wiele bardziej płynna. Przykład? Wszystkie auty i faule wybija się nie z asystą sędziego z boku boiska, lecz z góry po tzw. check-ball. Po punktach, gdy piłka wpada do kosza, też nie wybija się piłki z boku. Gra zaczyna się już, gdy piłka przejdzie przez obręcz. Już wtedy można rozpocząć swoją akcję. Podobna ciekawostka wiąże się z przechwytami - jeżeli odbierzesz komuś piłkę, nie musisz wychodzić za linię za trzy punkty, możesz od razu obrócić się do kosza i rzucić.

Ciężko było się przyzwyczaić?

- Gra wymaga większego skupienia, trzeba się przestawić z tradycyjnych zasad koszykówki. Nieraz było tak, że to my musieliśmy tłumaczyć zasady sędziom czy rywalom. My je dobrze znamy - napatrzyliśmy się na zagranicznych turniejach, jak to powinno wyglądać naprawdę.

W latach 90. streetball kojarzył się z ostrą, brutalną grą, powybijanymi zębami. Chyba za wiele się nie zmieniło?

- Krew zdarza się często, powybijane zęby, podbite oczy czy rozbite wargi też, ale nie powiedziałbym, że na betonie łatwiej o kontuzje. Większość moich urazów odniosłem nie na betonie, a na parkiecie.

Jak wiedzie wam się w Europie?

- Bardzo dużo dał nam ostatni rok. Byliśmy m.in. na Łotwie, na międzynarodowym turnieju w Ventspils. Dla nas był to szok. Tam cały kraj żyje koszem - co tydzień na podobnych turniejach gra po 200-300 osób. Przyjeżdżają koszykarze z Rosji, z Niemiec czy z Włoch.

Wtedy postanowiliśmy, że musimy swoich sił za granicą próbować częściej. Akurat nadarzyła się okazja gry w Sankt Petersburgu, skąd dostaliśmy zaproszenie. Biorąc pod uwagę, że wyszliśmy na boisko po kilkunastogodzinnej wyprawie samochodem, wypadliśmy nieźle. Zaszliśmy do półfinału, a nikt na nas nie stawiał i nie doceniał. Wpakowano nas do najmocniejszej grupy, byśmy byli chłopcami do bicia. Później też próbowano nas eliminować różnymi sposobami. W meczu o półfinał sędzia nie zaliczył nam trzech prawidłowo zdobytych punktów. I choć jeszcze w trakcie spotkania zreflektował się i przyznał się do błędu, to punktów nie zaliczył. Ale mimo to był to zdecydowanie najfajniejszy turniej, na którym graliśmy. Wrażenia niesamowite. Na wielkim placu postawiono ligowe boisko z parkietem i profesjonalnymi koszami. Do tego mnóstwo kibiców, spore zainteresowanie turniejem. Szkoda jedynie, że nie doszliśmy do finału. Widać, że ludzie żyją tam koszykówką.

Jesteś najwyżej sklasyfikowanym Polakiem w rankingu koszykówki 3x3.

- Ranking rankingiem, ale mnie bardziej motywuje fakt, że z tą drużyną możemy powalczyć o najwyższe cele nie tylko w Polsce, ale właśnie też Europie. O tym, że nie powalczyliśmy w tym roku na mistrzostwach Polski, zadecydował głównie przypadek i wiatr, który nie pozwolił nam trafiać wolnych. W decydującym meczu wiało tak mocno, że trafić z innej pozycji niż spod samego kosza było prawie niemożliwe. Pamiętam, że na 11 rzutów osobistych nie trafiliśmy chyba żadnego, bo znosiło piłkę o 2 metry. Ale spokojnie, zrewanżujemy się w przyszłym roku.

O stołecznej koszykówce podyskutuj z autorem na jego Twitterze.

Więcej o:
Komentarze (40)
Tomasz Rudko, najlepszy streetballowiec w Polsce, z Dzikimi Wężami chce podbijać Europę
Zaloguj się
  • grefel

    Oceniono 179 razy 171

    Grałem kiedyś przeciwko Dzikim Wężom w turnieju na Bemowie. Zniszczyli nas trójkami, właściwie to rzucali wyłącznie zza łuku ;). Pozdrawiam i życzę sukcesów.

  • wujek_extrema

    Oceniono 98 razy 88

    Nasz najlepszy streetballowiec jest jednoczesnie dobrym fasterem, jumperem oraz aimerem. Rano drinkuje kawe a jak lunchuje to lubi burgery. Po kapuscie troche fartuje ale poniewaz jest coolerem jego friendowie mu przebaczaja te stinkery.

  • morfeusz_1

    Oceniono 80 razy 42

    No jak są Dzikie Węże to czas wziąć się za siebie i zgłosić do szparingu moją drużynę
    Będzie się nazywała,..... aha już wiem H...emuje

  • coikto

    Oceniono 65 razy 27

    Nie umniejszając osiągnięć (tych przyszłych i obecnych) polskiej koszykopówce ulicznej pan "redaktor" zapomniał o najlepszej biegaczce na nartach Justynie Kowalczyk, najlepszych pilotach szybowców na świecie, miotaczach żelastwa wszelakiego w lekkiej atletyce itd, itd

  • kola

    Oceniono 39 razy 21

    Powinna przeciwko nim wystąpić drużyna Ch*je-Muje :))

  • michalfront

    Oceniono 20 razy 14

    zdjęcie na boisku przy podstawówce i Biedronce, na ul. Szadkowskiego :)

  • newton-e

    Oceniono 15 razy 13

    Metalowce tablice nie sprawdzają się bo po uderzeniu o nie piłki oddają energię i utrudniają trafienie do kosza. Nie wiem czemu większość boisk we Wrocku ma kosze z takimi tablicami.

  • armi66

    Oceniono 28 razy 12

    a mnie wkur...a ta polsko..angilszyzna,,,rej chamem moze i byl,ale swoje wiedzial...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX