Skazany na kosza. Kamil Łączyński idzie śladami ojca

Pierwszą piłkę do koszykówki dostał od ojca - reprezentanta Polski - 25 lat temu, gdy leżał w kołysce. Dziś Kamil Łączyński jest jedynym kadrowiczem z Warszawy i goni tatę Jacka.


W środę polscy koszykarze przypieczętowali w Lubinie awans na mistrzostwa Europy. Austrię pokonali 90:85 po dogrywce, choć nie obyło się bez problemów, bo Polacy źle rozpoczęli mecz, rywale im uciekli. Bardzo dobrze zagrali jednak rezerwowi, m.in. Łączyński, który w tym sezonie debiutuje w reprezentacji w meczach o punkty. "Łączka" rozgrywał błyskotliwie, podawał mądrze i sprytnie, mimo niewysokiego wzrostu (183 cm), jak stary wyga oszukiwał wyższych rywali. Zdobył cztery punkty, miał pięć asyst, ale statystyki nie oddają jego wkładu w wygraną.

Historia Łączyńskiego nie jest jednak opowieścią o błyskotliwym talencie, który przebojem wdarł się do kadry, a kariera stoi przed nim otworem. Bliżej mu do pracowitego gracza, który twardym charakterem i zawziętością nadrabia stracony przez kontuzje czas. I robi przy tym systematyczne postępy. - Ma talent, potrafi wiele, jest mądry na boisku i poza nim. Da sobie radę, bo marzenia ma o wiele większe. I kocha koszykówkę, tak jak ja - zapewnia jego ojciec Jacek Łączyński.

W szkółce ojca

Łączyński senior urodził się w 1963 roku, na przełomie lat 80. i 90. był czołowym strzelcem Legii, grał w reprezentacji Polski. Zasłynął tym, że był pierwszym Polakiem, który trafił za trzy punkty - w styczniu 1984 roku, podczas turnieju towarzyskiego, gdy testowano nowy przepis. Dlatego Kamil na sport był skazany od małego. A właściwie od niemowlęctwa. - Pierwszą piłkę dostał ode mnie, leżąc w kołysce - wspomina Łączyński senior. - Kiedy urodził się Kamil, miałem 26 lat, byłem jeszcze czynnym zawodnikiem, właściwie w trakcie swoich najlepszych koszykarskich lat. Chciałem od małego zarażać syna pasją do sportu - tłumaczy.

Kiedy trzy lata później z powodu kontuzji kolana Łączyński musiał zakończyć zawodową karierę, nie odszedł jednak ze sportu. Został trenerem, a syna - choć pewnie nieświadomego tego, co dzieje się wokół niego - przyprowadzał na trybuny. - Kiedy Kamil podrósł, zauważyliśmy z żoną, że ma smykałkę do sportu - wspomina Łączyński senior. - Na początku pokazywaliśmy mu różne dyscypliny. Nauczyliśmy pływania, zapisaliśmy do zespołu tanecznego Varsovia. Mężczyzna powinien umieć tańczyć, łatwiej mu poderwać dziewczynę na dyskotece - śmieje się tata Kamila.

Szybko jednak w świecie młodego "Łączki" pojawiła się koszykówka. - Od mojego znajomego dostaliśmy rozsuwany kosz, taki, który można było trzymać w domu. I zaczęło się bombardowanie, Kamil bawił się przy nim całymi dniami. A z czasem, jak podrastał, myśmy ten kosz rozsuwali do góry - dodaje.

Specjalnie dla Kamila ojciec założył także koszykarską szkółkę, w której ćwiczyli synowie innych warszawskich koszykarzy, a także chłopcy z naboru. - Uczyłem ich podstaw koszykówki. Przegrywaliśmy 50-60 punktami, ale uczyliśmy się kozłować, robić prawidłowy dwutakt - tłumaczy.

Talent, iskra i kontuzje

Drogi ojca i syna rozeszły się, gdy Łączyński senior dostał pracę w Treflu Sopot, a Łączyński junior rozpoczął treningi w Polonii. Jak przyznaje ojciec - nieco z braku innych możliwości. - Sam grałem, a później trenowałem Legię, dlatego zaraziłem miłością do tego klubu także syna. Ale kiedy Kamil zaczynał poważne treningi, legijna koszykówka była w rozsypce. A Polonia dobrze szkoliła młodzież - tłumaczy wybór Polonii.

W dorosłej drużynie "Czarnych Koszul" Kamil zadebiutował w ekstraklasie, mając 17 lat. Odstawał fizycznie, w walce z potężnie zbudowanymi koszykarzami wyglądał jak dzieciak, który zgubił drogę do szkoły. Ale widać było po nim talent, iskrę, bezczelność, która sprawiała, że bez respektu trafiał sprzed nosa rywala czy ośmieszał doświadczonego, amerykańskiego rozgrywającego z drużyny przeciwnej. W pierwszym sezonie zagrał aż 31 meczów. Czyli prawie tyle, co przez... kolejne cztery lata.

Rozwój jego talentu zatrzymały kontuzje. Kamil odziedziczył po ojcu nie tylko cechy sportowe, ale i zdrowotne. W maju 2007 roku poślizgnął się na mokrym parkiecie i zerwał więzadła krzyżowe. Łączyński senior także miał kłopoty z więzadłami w kolanach, to przez nie skończył karierę w wieku zaledwie 29 lat. Pierwszą operację przeszedł osiem lat wcześniej.

Po operacji "Łączka" pauzował 10 miesięcy, ale więzadło znów się zerwało. Kolejna przerwa, kolejne żmudne miesiące spędzone na rehabilitacji. Sytuacja, w której wydawało się, że Kamil wydobrzał i wracał do zdrowia i gry, kilkukrotnie kończyła się spuchniętym kolanem i kolejnymi miesiącami przymusowego odpoczynku. Po jednym z takich "powrotów" w pierwszym spotkaniu po kontuzji nieszczęśliwie upadł na parkiet i złamał rękę. - Nigdy się nie poddam, nawet jak będę miał 23 kontuzje - powtarzał. Bo po ojcu - prócz cech sportowych i zdrowotnych - odziedziczył też charakter.

Przełom poza Warszawą

- Kamil miał momenty załamania i zwątpienia, ale zawsze dążył do powrotu, bo tak jak ja kocha koszykówkę i sport. Ciągle żył nadzieją, był mocny psychicznie. Patrząc na to, ile przeszedł w tak młodym wieku, podziwiam go, i nie tylko dlatego, że jest moim synem. Podziwiam każdego sportowca, który wraca po tak ciężkich kontuzjach. Jego kariera w pewnym momencie się zatrzymała, ale nie ma tego złego - uważa Łączyński senior.

Kamil wrócił do gry w 2011 roku i choć wielu wątpiło, że jest w stanie rozegrać jeden sezon bez kontuzji, udało mu się to - i to pod ręką Andreja Urlepa, ówczesnego trenera AZS Koszalin, słynącego z katorżniczych treningów. Dla Łączyńskiego juniora to był przełom. I choć w kolejnym sezonie zrobił krok w tył, odchodząc do pierwszoligowego Krosna, to później czekały go tylko susy do przodu.

Pod wodzą swojego dawnego trenera z Polonii Wojciecha Kamińskiego rozwinął się w Rosie Radom, z którą w zeszłym sezonie zajął czwarte miejsce w lidze, a Kamiński w wielu ważnych momentach - kosztem Amerykanina Korie Luciousa - stawiał właśnie na "Łączkę". Dobra gra w lidze, choć bez wątpienia także odpoczynek od reprezentacji najlepszego polskiego rozgrywającego Łukasza Koszarka, zaowocowały powołaniem do reprezentacji, w której Kamil ściga się z osiągnięciami taty.

- Oficjalnie zaliczono mi tylko dwa mecze w kadrze, choć było ich zdecydowanie więcej. Kamil mojego wyniku jeszcze nie pobił, ale życzę mu, by przegonił mnie we wszystkich klasyfikacjach - mówi Łączyński senior.

Dyskutuj z autorem na jego Twitterze