Zielono mi: Casting w szpitalu

Felieton Rafała Zarzyckiego


Remis z Polonią potwierdził, że Legia wciąż znajduje się w słabej formie. O ile z Wisłą trzech "morderczych krasnali" zdołało zaryglować środek pola i drużyna wygrała. O tyle w derbach Legia musiała znacznie więcej kreować i okazało się, że Iwański ze Smolińskim to za mało, aby wygrać z murarzami. Trener, wystawiając od początku "dwie wieże" w ataku, wydawał się postępować logicznie. Niestety, Grzelak i Mięciel okazali się być wieżami krzywymi, aby w drugiej połowie ostatecznie runąć. Mecz z Polonią był klasycznym przykładem, dlaczego Legia tak często rozczarowuje ze średniakami: przespana pierwsza połowa, prowadzenie, rozluźnienie, wyrównanie, końcowe bicie głową w mur.

Kiedy w sezonie 97/98 Legię prowadził Mirosław Jabłoński, to w rundzie jesiennej miał do gry zaledwie 12 piłkarzy. Była potrzebna zmiana w ataku - wchodził Solnica, w pomocy - Solnica, coś się działo w obronie - oczywiście Solnica. Dzisiaj skład jest znacznie szerszy, ale rotacja w nim przekracza wszelkie granice. Z Polonią w ataku Grzelak i Mięciel, z Wisłą - Chinyama, z Ruchem - Mięciel, z Koroną - Grzelak (zmieniony w przerwie), z Piastem - Chinyama z Grzelakiem. Pięć meczów - pięć różnych koncepcji w ataku, i to nie w czasie przygotowań do sezonu, tylko podczas regularnych rozgrywek. To nie wygląda poważnie, tylko jak jakiś casting.

Przyczyna takiego stanu nie leży jednak w nadwątlonej psychice trenera, lecz w stanie zdrowia jego podopiecznych. Ta drużyna jest permanentnie chora. I trwa to już wystarczająco długo, aby poważnie się nad tym zastanowić. Nie jestem zwolennikiem średniowiecznego podejścia do lekarzy, kiedy to w przypadku błędnej diagnozy bądź zastosowania nieprzynoszącej efektu kuracji pozbawiało się medyka głowy. Nie mam jednak najmniejszych wątpliwości, że lekarz i człowiek od przygotowania fizycznego mają w wielu przypadkach taki sam wpływ na zdobywanie trofeów jak piłkarze i trener.

Liczba kontuzji w zespole jest przerażająca. Rozumiem, że Grzelak to człowiek, który został Legii sprzedany jako piłkarz zniszczony przez nadmierne obciążenia w początkowej fazie kariery, rozumiem, że Szałachowski ma pecha, rozumiem (choć z trudem), że Jarzębowski jest zdrowy w Bełchatowie, a w Warszawie chory, ale Kiełbowcz, Szala, Mięciel, Chinyama? Co się z nimi dzieje? Czy na treningach legioniści grają piłkami lekarskimi? A może jedynym sposobem leczenia piłkarzy jest lewatywa?

Oglądając transmisję Liverpoolu, dowiedziałem się, że niektórzy gracze "The Reds" udali się do Belgradu, aby poddać się smarowaniu jakimś specyfikiem uzyskanym z końskiego łożyska. Nawet jeśli nie brzmi to apetycznie, to ci gracze byli zdrowi jak konie - sam widziałem. Może to jest jakiś sposób? Może trzeba uciekać się do jakichś metod tradycyjnych (o ile wywar/wyciąg/maść z końskiego łożyska jest metodą tradycyjną)? Nie wiem. Wiem natomiast, że nie ma co się podniecać ewentualnymi wzmocnieniami. Na 90 proc. nowi piłkarze będą w marcu leżeli w łóżkach. A jak nie w marcu, to najdalej w kwietniu.

Nie mam wiedzy medycznej i nie jestem w stanie napisać, co należy w Legii zmienić, aby zredukować liczbę kontuzji. Szczególnie, że każda z nich jest specyficzna. Wiem natomiast, że jeśli nie zrobi się nic, to ta drużyna nie będzie odnosić żadnych sukcesów. Ponadto problem zdrowia zaczyna dotyczyć również mnie czyli kibica. Podczas meczu z Polonią zaobserwowałem pewne zaburzenia w funkcjonowaniu górnej części mojego przewodu pokarmowego. W pewnym momencie zacząłem żałować, że na stadionie nie ma papierowych torebek, dokładnie takich samych jak w samolotach. Tym razem jeszcze wytrzymałem.