Idzie kominiarz po drabinie. Komentarz kibica Legii

Od kiedy w 1993 r. usłyszałem w studiu S-13 zdanie: ?Nie wiem, co się dzieje w Krakowie, ale zaręczam, że tutaj, w Łodzi, wszystko jest uczciwe?, myślałem, że nic już mnie nie zaskoczy. Myliłem się. W Bełchatowie Mariusz Śrutwa przegiął. Z jego słów wynikało, że wynik meczu został wypaczony, a z tym zgodzić się nie mogę.
Lubię brytyjską scenę muzyczną. Nie mam zbyt wiele czasu, aby ją profesjonalnie śledzić. Nie pasuje mi styl "New Musical Express". Dlatego potrzebuję kogoś, kto by mnie informował o tym, co się dzieje. Po upadku audycji "Zjednoczone Królestwo" zacząłem słuchać Anny Gacek. Mógłbym napisać dziesięć felietonów, jak ta kobieta mnie denerwuje i jak jej daleko do moich ulubionych prezenterów radiowych, z których jeden już nie żyje, drugi jest chory, a trzeci ma w radiu zdecydowanie zbyt mało miejsca. Nie uczynię tego jednak, ponieważ jej praca jest dla mnie bardzo pożyteczna. W czasach kiedy muzyka kona, nabyłem dzięki tej pani kilka naprawdę przyzwoitych płyt i poznałem kilku ciekawych wykonawców, o których nie miałem wcześniej zielonego pojęcia. Dlatego mimo że pani Gacek ma skłonności do bombastycznych ocen niektórych przeciętnych artystów, jednocześnie pomijając najbardziej zasłużonych i ponadczasowych (Bernard Sumner), to jestem wiernym słuchaczem audycji "Atelier", która stała się moją ulubioną. Nie trzeba więc z kimś się zgadzać, aby doceniać to, co robi.

Zupełnie inaczej rzecz ma się z Mariuszem Śrutwą, byłym piłkarzem, właścicielem firmy kominiarskiej. Tego pana ani nie lubię, ani nie cenię. Po tym, co pokazał podczas meczu Bełchatów - Legia, już nigdy nie będę go słuchał. Jeśli kiedykolwiek natrafię na jego głos podczas transmisji telewizyjnej, to natychmiast nacisnę przycisk "mute". Jeśli ktoś aktywuje usługę pay-per-no-Śrutwa, to natychmiast ją wykupię.

Od kiedy w 1993 r. usłyszałem w studiu S-13 zdanie: "Nie wiem, co się dzieje w Krakowie, ale zaręczam, że tutaj, w Łodzi, wszystko jest uczciwe", myślałem, że nic już mnie nie zaskoczy. Myliłem się. W Bełchatowie Śrutwa przegiął. Z jego słów wynikało, że wynik meczu został wypaczony, a z tym zgodzić się nie mogę.

To oczywiste, że komentatorzy mają swoje sympatie i antypatie klubowe. Mają do tego prawo jak każdy inny człowiek. Ważne jest to, czy zanadto ich nie manifestują. Pozytywnym przykładem jest Mirosław Szymkowiak, który grał przez większość swojej kariery w klubach, które ostro konkurowały z Legią. Nigdy nie zdarzyło mi się, abym odczuł, że jest tendencyjny w tym, co przekazuje. Zawsze ciekawi mnie, jaki jest jego punkt widzenia na różne sytuacje boiskowe. Tymczasem Mariusz Śrutwa to zupełnie inny typ. Zero statystyk, zero przygotowania. Po prostu przyjeżdża były piłkarz na mecz i coś mamrocze do mikrofonu.

W ostatnią sobotę nic mu się w Legii nie podobało. Nawet to, że nie zagrał Korzym. W Anglii, obligatoryjnie, wypożyczony piłkarz nie gra z klubem macierzystym, to logiczne i nikt się nie burzy. Dla Śrutwy to wielki problem. Zgadzam się, że Bełchatów zagrał bardzo dobrze, ale ten mecz miał miejsce w ściśle określonej sytuacji. Legia była zdziesiątkowana kontuzjami, za kartki nie grał Astiz, drużyna jest średnio przygotowana fizycznie, a na dodatek zagrała w tygodniu 120 minut z Cracovią na kartoflisku. Czy to nie są okoliczności łagodzące? Kiedy ostatni raz w meczu o punkty w obronie zagrali razem Jędrzejczyk i Kumbev? A mimo to ten supersilny Bełchatów bramki nie strzelił. Sędzia? Czy sędzia bronił Nowakowi trafić z metra? Czy sędzia trzymał Sapelę za nogi, kiedy Iwański strzelał z 30 m? Czy zawsze wygrywa drużyna, która ma przewagę w posiadaniu piłki? Nie!

Na miejscu trenera Urbana zaprosiłbym drużynę do wspólnego oglądania meczu z Bełchatowem ze szczególnym uwzględnieniem komentarza Mariusza Śrutwy. Myślę, że po takim seansie zapewniłby motywację piłkarzy na najbliższe dwa bardzo ważne mecze. A Śrutwie może pozostać "satysfakcja", że w kategorii cena/jakość był najgorszym transferem w dziejach Legii.