Ricardo Lwie Serce z wyprawą na Legię

Trzy dni przed meczem w 1/16 finału Ligi Europejskiej w Warszawie Sporting Lizbona ma nowego trenera - Domingosa Paciencię zastąpił Ricardo Sa Pinto. - To dwa zupełnie inne charaktery - mówi portugalski trener akademii Legii Goncalo Feio.
43-letni Paciencia w Lizbonie pracował niecałe dziewięć miesięcy. W poprzednim sezonie doprowadził Bragę do finału LE. W tym podobne sukcesy miał osiągnąć ze Sportingiem, który latem na transfery wydał 15 mln euro.

Po fatalnym początku roku jego zespół był dopiero czwarty w lidze. Do lidera traci 16 punktów, a do trzeciego miejsca, dającego prawo gry w eliminacjach Ligi Mistrzów, aż osiem.

- Jestem zdziwiony. Mniej zmianą trenera, bardziej tym, że nowym zostanie Sa Pinto - mówi Feio. - Ma ogromne doświadczenie jako piłkarz i to jeden z symboli klubu. Ale jednocześnie człowiek o wybuchowym charakterze. Taki był na boisku i po zakończeniu kariery się nie zmienił - wyjaśnia. - Jedno jest pewne. Piłkarze Sportingu będą zmotywowani na 200 proc. Każdy będzie chciał pokazać, że należy mu się miejsce w składzie.

40-letni Ricardo Sa Pinto, były napastnik, jest 45-krotnym reprezentantem Portugalii. Choć urodził się w Porto, przez 12 lat grał w Sportingu, z trzyletnią przerwą na występy w hiszpańskim Realu Sociedad. W 174 ligowych meczach lizbońskiego zespołu strzelił 34 gole. Pod koniec kariery był jego kapitanem, a kibice nazywali go "Ricardo Lwie Serce". W Portugalii Sporting określa się przydomkiem "Lwy".

- Wielu piłkarzy zmieniało kluby. Sa Pinto też miał oferty z Benfiki i Porto, ale zawsze deklarował przywiązanie do Sportingu. Za to uwielbiają go kibice. Zupełnie inaczej było z Domingosem, który większość kariery spędził w Porto - mówi trener z Legii.

Sa Pinto słynął z nieustępliwości i agresywnej gry. Po zakończeniu kariery poświęcił się trenowaniu drużyn młodzieżowych (taką rolę pełnił do wczoraj w lizbońskim klubie), ale w 2009 r. został dyrektorem sportowym Sportingu. Zasłynął kłótnią z brazylijskim napastnikiem Liedsonem i konfliktem z kilkoma innymi piłkarzami. Według Feio miał zły wpływ na drużynę. - On zawsze mówi co myśli. Nie każdemu z nim po drodze. Reaguje bardzo emocjonalnie. Teraz w szatni na pewno nie zabraknie przekleństw - wyjaśnia.

Paciencia to jego zupełne przeciwieństwo. Jest zdecydowanie bardziej spokojny, ale to też człowiek z charakterem i być może dlatego zrezygnował. - To nie jest ktoś, kto na siłę będzie trzymał się pracy i próbował wypełnić kontrakt, bo mu dobrze płacą. Trenuje dlatego, że to jego pasja. W sytuacji gdy nie czuł poparcia kibiców, a może i zarządu, jego rezygnacja nie dziwi - twierdzi Feio.

Kilka dni temu prezes klubu Luis Godinho Lopes po raz kolejny zapewnił, że posada trenera jest bezpieczna. Ale według Feio na rezygnację Paciencii złożyło się kilka czynników. Poza kontuzjami (do niedawna leczyli się kluczowi piłkarze - pomocnicy Reinaldo i Schaars, a także napastnik Ricky van Wolfswinkel) fatalne wyniki od początku stycznia rozbiły atmosferę w zespole.

- To zrozumiałe, że w Sportingu presja jest olbrzymia. W dodatku w klub walczy z zadłużeniem. Piłkarze to odczuwali, a to jest młody i budowany od lata zespół. Agent pomocnika Stijna Schaarsa wspominał, że jego klient jest niezadowolony, bo przychodził latem walczyć o trofea. Poza tym jeśli kilka razy słyszy się, że nie grozi ci zwolnienie, to paradoksalnie wcale nie uspokaja - mówi.

Szkółka piłkarska Barcelony w Warszawie Miasto jej nie potrzebuje?