PZPN i Legia kiboli zaprosiły, to kibol podymił

Warszawski klub zostanie ukarany za zachowanie kibiców podczas finału Pucharu Polski z Ruchem - mówi szef bezpieczeństwa PZPN Andrzej Bińkowski, mimo że związek jako organizator odpowiada za wpuszczenie na trybuny tylu kiboli z petardami i świecami dymnymi, że sędzia musiał przerwać mecz w Kielcach


Przed rokiem finał PP w Bydgoszczy pomiędzy Legią a Lechem skończył się skandalem. Po ostatnim gwizdku kibole Legii wbiegli na boisko, a ci z Poznania pobili dziennikarzy i starli się z policją. Stadion został zdemolowany. Legia - oprócz kary finansowej - otrzymała zakaz organizowania wyjazdów swoich kibiców na mecze Pucharu Polski.

Ale kilka dni przed tegorocznym finałem warszawski prezes Paweł Kosmala mówił: - Trwają negocjacje z PZPN-em w sprawie wyjazdu naszych kibiców do Kielc. Liczę, że w finale obie drużyny będą dopingowane przez swoich fanów.

Wyjazd stołecznej grupy stał się możliwy dzięki kuriozalnej interpretacji przez PZPN wyniku losowania gospodarza finału, którym została Legia. Według związku nie był to dla niej mecz wyjazdowy, więc mogła zorganizować swoim kibicom wyprawę do Kielc. Co więcej, dzięki temu mogli tam pojechać kibole ukarani sądowym zakazem stadionowym na mecze wyjazdowe, w tym za rozróby w Bydgoszczy.

Na 15-tysięczny stadion weszło około 6200 osób z Warszawy i Chorzowa. Wokół obiektu czuwało 2,5 tysiąca policjantów, których szef, komendant miejski Robert Szydło, wydał negatywną opinię co do przygotowania stadionu do meczu, podając 26 zastrzeżeń.

- Mieliśmy sygnały, że kibice chcą wtargnąć na murawę również podczas tego finału - mówi Andrzej Bińkowski, szef bezpieczeństwa PZPN.

Nie wtargnęli. Rzucali na boisko petardy hukowe, na trybunach palili świece dymne. Zakazane materiały pirotechniczne odpalone w czasie meczu starczyłyby na mały pucz. Kibole Legii zadymili stadion na początku pierwszej połowy, ci z Ruchu na początku drugiej. Bramkarz Legii Duszan Kuciak, który miał kiboli Legii za plecami, bezskutecznie prosił ich o spokój. Na polu karnym Słowaka wybuchały petardy, a w rogu boiska płonęła raca. Sędzia Hubert Siejewicz zatrzymał spotkanie na kilka chwil dopiero po trzeciej bramce dla Legii, gdy w polu karnym Ruchu wybuchły fajerwerki. Część z nich odbijała się od dachu trybuny i eksplodowała na niej. Świece dymne zasłoniły część stadionu. O spokój poprosili kiboli Legii najpierw Michał Żewłakow, a potem Miroslav Radović i Danijel Ljuboja.

Na trybunach był nieformalny lider kiboli "Staruch" Piotr S., który na Legię nie jest wpuszczany, bo wiosną zeszłego roku uderzył po meczu piłkarza, a jesień spędził w areszcie oskarżony o rozbój. W grudniu dobrowolnie poddał się karze dwóch lat więzienia w zawieszeniu. Wiosną "Staruch" na mecze wyjazdowe Legii jeździ, bo ich zakaz klubowy nie obejmuje. - Skoro Legia była gospodarzem, na stadionie nie powinny się znaleźć ci, których obowiązuje zakaz na mecze u siebie - stwierdził Mirosław Starczewski, wiceszef wydziału bezpieczeństwa PZPN. "Staruch" - podobnie jak przed rokiem - wzniósł puchar, który przekazali mu piłkarze.

Jak to się stało, że na stadion wniesiono tyle materiałów pirotechnicznych?

Nad bezpieczeństwem na stadionie w Kielcach czuwała firma Impel, potentat w branży ochroniarskiej. Impel wygrał przetarg na ochronę Stadionu Narodowego w Warszawie, w tym również podczas Euro, i ma umowę na ochronę stadionu w Kielcach. Podczas sportowego otwarcia Stadionu Narodowego - meczu Legii z Sewillą - pracownicy Impela pozwalali na swobodne przemieszczanie się ludzi po sektorach stadionu. Według jednego z przedstawicieli PZPN, w Warszawie "niedoświadczona ochrona popełniała błędy, po których włos jeżył się na głowie". W Kielcach pracownicy Impela zatrzymali tylko dwóch kiboli Legii, którzy próbowali przemycić na stadion materiały pirotechniczne, zaś delegat bezpieczeństwa zezwolił na wniesienie bannera 60 m x 5 m, pod którym później ukrywali się przed monitoringiem odpalający świece.

Race, petardy, niedozwolone flagi, wulgaryzmy, palenie szalików, rzucanie przedmiotów na boisko, pobicie piłkarza - m.in. za te wybryki od 2010 r. nałożono na Legię ponad pół miliona złotych kar.

Po meczu nie doszło do rozrób. - To był dobry sprawdzian dla policjantów przed zbliżającymi się finałami Euro 2012, które odbędą się już za 44 dni - uważa Kamil Tokarski, z zespołu prasowego świętokrzyskiej policji. - Jestem trochę zdziwiony tym zadowoleniem, czekamy na raport - mówi rzecznik policji Mariusz Sokołowski.

Prezes MPK Elżbieta Śreniawska - jej firma podstawiła 25 autobusów MPK, które woziły kibiców z dworca PKP na stadion i z powrotem - też ma wątpliwości co do sukcesu kieleckiej policji: - Straty sięgną na pewno dziesiątki tysięcy złotych. W wielu autobusach są powybijane szyby, pocięte siedzenia, uszkodzone sufity, powyrywane lampy. Większość jest też wymalowana sprayem.

- Gdybym znów musiał podejmować taką decyzję, podjąłbym taką samą. Chciałbym, by znów finał Pucharu Polski był rozegrany w Kielcach. Udało nam się bowiem zapanować nad kibicami i organizacją tego spotkania - stwierdził prezydent Kielc Wojciech Lubawski.