Ekstraklasa. Komu opłaci się zamknięcie stadionów

- Zamykając stadion, rząd wrzucił Legię i Lecha do jednego worka, choć oba kluby wybrały zupełnie odmienne sposoby relacji z kibicami - mówi Krzysztof Sachs, współautor raportu ?Ekstraklasa piłkarskiego biznesu?.
Piotr Żytnicki: Zamykając stadiony w Warszawie i Poznaniu, rząd chciał wylać kubeł zimnej wody na władze Legii i Lecha. Ale czy przekona kluby do walki ze stadionowym bandytyzmem?

Krzysztof Sachs*: To decyzja co najmniej zaskakująca. Zamknięto dwa najbezpieczniejsze stadiony w kraju, które były bezpieczne wczoraj i będą też jutro. Nie stadiony są problemem, bo jak kibice zechcą, to wszędzie zrobią burdę. To organizatorzy muszą panować nad kibicami, rozpoznawać nastroje, unikać prowokacyjnych sytuacji, a gdy trzeba, reagować z siłą i stanowczością.

W Bydgoszczy, po finale Pucharu Polski, się nie udało.

- Ale czy to rzeczywiście wina tych klubów? Lech i Legia mają ponieść karę, bo ich kibice zrobili zadymę w trakcie imprezy organizowanej przez PZPN - podmiot trzeci?

Lech dogadywał się z kibolami, bo gwarantowali mu frekwencję na trybunach. Klub zarabiał na biletach, a odwdzięczał się kibolom, pozwalając im prowadzić biznesy na stadionie. Premier dostrzegł, że taki układ jest źródłem niemocy w walce z bandytyzmem na stadionach. I postanowił uderzyć w najczulsze miejsce - finanse. Albo kluby same zrobią porządek z kibolami, albo pójdą z torbami.

- Możemy zgadywać, że taka była intencja, ale jest pytanie o środki. Co się stanie, jeśli kluby odwołają się do sądów, a te uznają, że zastosowano środek nielegalny? Legia przez trzy lata prowadziła wojnę z kibolami, jako jedyna nakładała zakazy stadionowe, odmówiła organizacji wyjazdów grup swoich kibiców. Zapłaciła za to wysoką cenę - katastrofalną atmosferę na stadionie, protest kibiców obniżył przychody z biletów, reklam, sponsorów. Kto wspierał Legię? Które z organów władzy skorzystały z materiałów udostępnianych przez klub? Przecież kibice sami jeździli na wyjazdy i byli wpuszczani na stadiony, choć nie powinni, bo klub nie autoryzował tych wyjazdów. Policja w pełni to akceptowała. Gdy miasto zbudowało Legii nowy stadion, politycy naciskali, by zakończyć konflikt z kibolami. Bo stadion trzeba jakoś zapełnić. I na czym polega to dogadanie Legii z kibolami? Na tym, że uchyliła warunkowo zakazy stadionowe nałożone wcześniej albo założyła "gniazdo" do prowadzenia dopingu?

Lech wybrał inną drogę. Katering na stadionie oddał szefowi kiboli, który miał wyrok za bójkę i trzyletni zakaz stadionowy. "Litar" zarabia miliony. To cena za spokój na trybunach, którego jednak nie ma.

- Nie znam tak naprawdę realiów Lecha, ale jestem przekonany, że w Legii problem niejasnych układów finansowych klubu z kibicami nie istnieje. Legia odeszła może od zasady "zero tolerancji", nie jest tak ostra wobec kiboli, ale też się z nimi nie układa. Zakazów stadionowych jest mniej, ale jednak są. Zamykając stadion, rząd wrzucił Legię i Lecha do jednego worka, choć oba kluby wybrały zupełnie odmienne sposoby relacji z kibicami.

I na Legii, i na Lechu kibole wciąż łamią prawo: odpalają race, rzucają wulgaryzmami, skandują antysemickie hasła.

- Z tym nie radzi sobie żaden polski klub. Jakkolwiek by się kibiców kontrolowało, zawsze można przemycić na stadion racę. Wulgaryzmy też są wszędzie. Oczywiście sam chciałbym usłyszeć doping bez wulgaryzmów. Tylko jak to osiągnąć, jeśli używanie ich jak przecinków jest standardem w wielu środowiskach? Dzieci nasiąkają tym od podstawówki. Jak w tych realiach wytłumaczyć nastolatkom, że przekleństwa to przestępstwo? Jeśli używamy przekleństw jako pretekstu do zamknięcia stadionów Legii i Lecha, to zamknijmy od razu wszystkie stadiony. I to na bardzo długo. To, co zrobił rząd, zepchnęło Lecha i Legię na drugą stronę barykady, po której stoją pseudokibice.

Zamykanie stadionów i poniesione przez to straty miały zmusić kluby do zerwania z kibolami. Czy premier się przeliczył?

- Oba kluby na pewno będą starały się udowodnić teraz nielegalność decyzji wojewodów, a potem wystąpić o odszkodowanie za utracone korzyści. Na zamknięciu stadionów Lech i Legia mogą stracić kilkaset tysięcy złotych.

Mam wrażenie, że władzom Legii i Lecha bliskie jest przekonanie, że problem stadionowych chuliganów trzeba uporządkować. Sądzę też, że zarządy obu klubów są przeciwne łamaniu prawa na stadionach, choć Legia przez lata starała się twardo wymagać jego przestrzegania, a Lech starał się wciągnąć kibiców do współodpowiedzialności za porządek na stadionie, dając im jednak znacznie większe prawa. Cios finansowy może spowodować jakieś działania, ale oba kluby przede wszystkim mają słuszne poczucie krzywdy. A rząd, zamiast uczynić z nich sojuszników w walce z pseudokibicami, na razie je do siebie zraził.

Jak zatem reagować po takich wydarzeniach jak zadyma w Bydgoszczy?

- Wszyscy, którzy łamali prawo, a szczególnie ci, którzy demolowali stadion, powinni być ukarani. Mamy w tym zakresie wystarczające prawne regulacje. To jest właściwe działanie. Tyle że wymaga drobiazgowej pracy, dobrej koordynacji pracy policji, prokuratury i sądów. A to znacznie trudniejsze niż spektakularne gesty.

*Krzysztof Sachs - partner w Ernst & Young. Współautor raportu "Ekstraklasa piłkarskiego biznesu", w którym kluby polskiej ekstraklasy oceniane są od strony biznesowej.