Piotr Dziewicki: Myślę, że wiosną będziemy silniejsi

- W pewnym momencie myślałem, że uda się zakończyć jesień na pierwszym miejscu, może z kilkoma punktami przewagi. Najważniejsze jednak, żeby być na pierwszym miejscu w czerwcu - mówi trener Polonii Piotr Dziewicki po zakończeniu rundy jesiennej IV ligi.


"Czarne Koszule" w sobotę pokonały Bzurę Chodaków 3:0. Odniosły 12. zwycięstwo w sezonie i po 17 spotkaniach zgromadziły 38 punktów. Nie wystarczyło to do zajęcia pierwszego miejsca. Od prowadzącego Bugu Wyszków Polonię dzielą dwa punkty. Warszawski klub ma jeszcze możliwość, by w tym roku objąć pozycję lidera, ale będzie to bardzo trudne zadanie. Musiałby w niedzielę pokonać w Płocku rezerwy Wisły (licząc na stratę punktów przez Bug) w ostatnim tegorocznym meczu IV ligi.

Olgierd Kwiatkowski: Wygrywając z Bzurą Chodaków, zakończyliście rundę jesienną, gracie jednak za tydzień jeszcze jeden mecz - z rezerwami Wisły Płock. Czy już teraz podsumowuje pan z drużyną pierwszą część sezonu, czy jeszcze czeka, aż zakończycie grać o punkty?

Piotr Dziewicki: Mecz z Wisłą traktuję jednak jako spotkanie z rundy jesiennej. Żeby więc zamknąć ten okres, wolałbym wstrzymać się na razie z ocenami przez tydzień, choć mam już dużo przemyśleń.

Często krytykował pan swój zespół i czuł krytykę z zewnątrz, ale po tym ostatnim meczu można go wreszcie pochwalić. Czy wynikało to jednak z tego faktu, że Polonia tak dobrze grała, czy że przeciwnik jej na to pozwolił?

- Poza Wkrą Żuromin, którą ograliśmy 6:0, wszystkie drużyny, które przyjeżdżały na Konwiktorską, stosowały podobną taktykę. Ustawiały przeciw nam zasieki. Musieliśmy grać więc atakiem pozycyjnym, a dla drużyny, która zebrała się za pięć dwunasta przed sezonem, łatwe to nie było. Potrzebowaliśmy czasu, żeby się tego nauczyć. Może więc w wielu meczach nie odnosiliśmy spektakularnych zwycięstw, ale jednak wygrywaliśmy. Dla trybun było to męczące, mało efektowne, trudniej się oglądało, mimo to w większości wypadków cel osiągaliśmy. Chłopcy mimo wszystko szybko załapali, o co nam chodzi, sami nauczyli się pewnego automatyzmu i zaczyna to wychodzić.

Nasi przeciwnicy byli wielokrotnie obserwowani. Jeździłem na mecze, ale najczęściej nasz trener bramkarzy Marek Chański. Wiedzieliśmy na przykład, że Bzura broni się wysoko. Nasi skrajni pomocnicy mieli ustawiać się wzdłuż linii defensywnej, czekać na prostopadłe podania. Tak z Bzurą padł pierwszy - bardzo ładny - gol zdobyty przez Patryka Strusa.

Najładniejszy w tej rundzie dla Polonii?

- Podobał mi się jeszcze bardzo ten strzelony z dystansu przez Wojtka Antczaka w Mławie i jego pierwsza bramka - kiedy tak pięknie wszedł za linię obrony - z Czarnymi Węgrów.

Patryk Strus to młody zawodnik, który często marnował dotychczasowe sytuacje, ale nie zniechęcał się pan do niego.

- Uważam, że to jest taka liga, w której piłkarze dużo się jeszcze uczą, i nie wolno gasić ich zapału, bo z niego może wyniknąć taki gol jak w sobotę.

Z Bzurą po raz 12. w sezonie twój zespół nie stracił gola, tylko siedem bramek puszczonych przez bramkarzy to bez względu na ligę niezły wynik. Jako były obrońca chyba czuje pan szczególne zadowolenie z tego bilansu?

- Staram się wpoić zespołowi poczucie odpowiedzialności i ono nie ogranicza się do defensywy, ale rozkłada się na całą drużynę, a najbardziej uzależnione jest od napastników. To udało się zrobić. Od połowy rundy krzyczę coraz mniej, nie muszę przypominać o asekuracji, piłkarze to realizują bez mojej interwencji. Widać, że zrozumieli to, czego od nich wymagam. Do tego dochodzi bramkarz - Paweł Błesznowski, który - jeśli pojawią się błędy, co jest nieuniknione - potrafi je naprawić i ratować drużynę. To wzór profesjonalisty w Polonii, pod względem sportowym, ale i mentalnym. Bardzo jestem mu wdzięczny za to, jak pracował na początku sezonu z Michałem Dudkiem, jak go przygotowywał do meczów. Chciałbym, żeby został w klubie na dłużej.

Ostatni mecz w tym roku Polonia rozegra z rezerwami Wisły. Poprzednio przegraliście z nimi na Konwiktorskiej, bo w ich zespole wystąpiło kilku zawodników z I ligi. Nie ma pan obaw, że w niedzielę będzie podobnie?

- Na pewno w Wiśle wystąpią piłkarze, którzy nie załapią się do pierwszego składu na wcześniejszy mecz z Katowicami, i to nikogo nie powinno dziwić. To jest problem, z którym musimy się zmierzyć, i nic na to nie poradzimy. Ale jak do tego pojedynku podejdą zawodnicy z Płocka, to ja nie wiem. Dla nich to ostatni mecz sezonu, ostatnia szansa, żeby pokazać się przed sztabem szkoleniowym pierwszej drużyny. Zagramy na głównej płycie stadionu Wisły, co świadczy o tym, z jakim szacunkiem przyjmują nas gospodarze. Z drugiej strony w rezerwach często się zdarza, że zawodnicy z pierwszego zespołu traktują grę jako zesłanie i nie mobilizują się na 100 procent. Wiem jednak, że to my musimy być zmobilizowani na 100 procent.

Nie jest pan zadowolony z tego, że zagracie ten mecz jeszcze jesienią.

- Wolelibyśmy przystąpić do niego po zimowych przygotowaniach. Mamy zaplanowane zgrupowanie, osiem dni obozu w Gniewinie [podczas Euro tam bazę mieli piłkarze Hiszpanii]. Myślę, że wiosną będziemy silniejsi.

Przyjdzie ktoś do zespołu?

- Mamy listę zawodników, którymi jesteśmy zainteresowani.

A ktoś odejdzie?

- Na pewno nikt nie chce nam podkupić piłkarzy, a mamy jeszcze jeden mecz i nie będę do tego czasu mówił o tym, czy z kogoś zrezygnujemy. Ostatnio zaczynamy grać coraz lepiej.

Nie żal kilku punktów straconych w końcówce rundy?

- W pewnym momencie myślałem, że uda się zakończyć jesień na pierwszym miejscu, może z kilkoma punktami przewagi. Najważniejsze jednak, żeby być na pierwszym miejscu w czerwcu.