W co grają Zygmunt z Syrenką: Republika bananowa

Bogoria Grodzisk Mazowiecki sensacyjnie pokonuje pingpongową Barcelonę, ale miesiąc przed mistrzostwami Europy w Polsce tenis stołowy jest w słabej kondycji. Reprezentanci strajkują, a zgrupowanie kadry odwołano z powodu braku... stołów
Gierki w świetlicy, pojedynki Andrzeja Grubby z Janem Ove Waldnerem oraz Forrest Gump grający z Chińczykami - z tym do piątku kojarzył mi się tenis stołowy czy też ping-pong, jak - z powodu charakterystycznego dźwięku odbijanej piłeczki - nazwano nową grę w latach 80. XIX wieku w Anglii. Tak, w Anglii, a nie w Chinach - ping-pong, czy też whiff-whaff, narodził się na Wyspach.

Teraz wiem już, że stolicą pingpongowej Polski jest Grodzisk Mazowiecki. Wiem też jednak, że w kraju białej piłeczki wcale nie dzieje się dobrze.

Oh, ale emocje!

Mecz Bogorii z Borussią Düsseldorf był wielkim wydarzeniem. Borussia wygrała trzy ostatnie edycje Ligi Mistrzów, w ostatnich dwóch latach zdobywała też mistrzostwo i Puchar Niemiec, ma w składzie najlepszego europejskiego gracza Timo Bolla i nie bez przyczyny nazywana jest pingpongową Barceloną. W grodziskiej hali oglądało ją ponad 500 kibiców.

Gwiazdą meczu był Oh Sang Eun, czyli "najlepszy zawodnik świata, którego można było pozyskać", jak mówi o 34-letnim Koreańczyku prezes grodziskiego klubu Dariusz Szumacher. W światowym rankingu Oh zajmuje 11. miejsce - wygrał siedem turniejów Pro Tour, wywalczył dziewięć medali w 13 mistrzostwach świata, był w ćwierćfinale igrzysk w Pekinie, gdzie przegrał z późniejszym złotym medalistą Chińczykiem Ma Linem. W ładnym CV wysokiego Koreańczyka jest jeszcze jedno - patent na Bolla.

Oh pokonywał Niemca i w Pekinie, i dwa lata temu w Lidze Mistrzów, i w piątek. To ostatnie zwycięstwo - dające Bogorii zwycięstwo 3:1 - odniósł w dramatycznych okolicznościach, bo Boll prowadził w setach 2:1 i 10:6 w czwartym. - Oh wyszedł z tej sytuacji, decydując się na piekielnie trudne rozwiązania. Postawił wszystko na jedną kartę - był zdecydowany, grał agresywnie, twardo i wywierał presję na rywala - mówił po meczu trener Bogorii Tomasz Redzimski. Koreańczyk czwartego seta wygrał 13:11, a piątego, w którym mistrz Europy i trzeci gracz światowego rankingu frustrację wypisaną miał na twarzy, aż 11:5.

Oha, który w pierwszym meczu pokonał wicemistrza Europy Patricka Bauma 3:2, choć przegrywał 1:2, żegnała owacja na stojąco, ale bohaterem meczu z Borussią był też Polak Daniel Górak, który w trzecim meczu - też po ogromnych emocjach - zwyciężył 3:2 Węgra Janosa Jakaba. Trzeci gracz Bogorii - ożeniony z Polką, naturalizowany Chińczyk Wang Zeng Yi - przegrał 0:3 z Bollem.

Banany i Tur Jaktorów

Jak wygląda mecz pingpongowej Ligi Mistrzów? Stół ustawiony jest na środku hali sportowej "zmniejszonej" ściankami reklamowymi i trybunami na kilkaset osób. Bilety kosztują 20 złotych (10 z kartą kibica), dzieci wchodzą za darmo. Spiker przed meczem uczula: - Proszę wyłączyć telefony, nie robić zdjęć z fleszem, nie przechodzić obok boiska w trakcie gry.

Doping - głośny, bo inicjowany przez spikera, który momentami skanduje do mikrofonu i klaszcząc, uderza w jego główkę - cichnie momentalnie, kiedy zawodnik składa się do serwu. Na trybunach i dziadkowie, i dzieci - większość kibiców wcina banany, które przy wejściu do hali dostaje się za darmo, bo jednym ze sponsorów Bogorii jest... dojrzewalnia bananów.

Grę ogląda się lepiej niż w telewizji, gdzie piłeczka ucieka oczom - na żywo można obserwować ustawienie i balans ciała zawodników, ich reakcje na zaskakujące uderzenia, mechaniczne, precyzyjne przebijanie przez siatkę. Boll, mimo że najważniejszy mecz przegrał, kilkoma akcjami zrobił wielkie wrażenie. Niemiec zarabia w Borussii ponoć ponad 200 tys. euro za rok, co mniej więcej odpowiada budżetowi Bogorii, który wynosi rekordowe w Polsce 900 tys zł.

Bogoria w Lidze Mistrzów występuje już po raz trzeci, a trafiła do niej z podgrodziskiej wsi Jaktorów. - Grałem kiedyś amatorsko w ping-ponga i jak kolega poprosił mnie o wsparcie dla chłopaków z Tura, którzy walczą o drugą ligę, to się zgodziłem. Potem ciągnęli mnie za rękaw i zaszczepili miłość do tenisa - mówi Szumacher, właściciel firmy transportowej Dartom.

Jego firma zapewnia 25 proc. budżetu klubu, resztę dają lokalni sponsorzy oraz miasto. - Grodzisk promuje się przez tenis stołowy, w każdej szkole mamy szkółki dla dzieci z klas 1-3, chcemy wychowywać zawodników, tworzyć tenisowe środowisko. Mamy około setki zawodników, z których część odnosi sukcesy w kategoriach młodzieżowych, także na europejskim poziomie.

Jeśli będą chęci

Szumacher ma marzenia: - Za pięć lat chciałbym, żeby trzon Bogorii stanowili wychowankowie i żeby ten zespół - uzupełniony gwiazdą z zagranicy - grał o najwyższe cele w Polsce i w Europie. Chciałbym mieć dwa razy tyle osób na meczach w nowej hali. Chciałbym, żeby nasza dyscyplina zaczęła konkurować z innymi - nie z piłką nożną, ale z taką koszykówką czy piłką ręczną. Jeśli będą chęci, to myślę, że za dwa-trzy lata będzie to możliwe - snuje wizje prezes.

Pomóc ma w tym ligowa spółka, która powstała dwa lata temu i ma wyłączne prawa medialne i marketingowe do rozgrywek prowadzonych przez związek. - Udało się nawiązać współpracę z Orange Sport Info, porządkujemy marketing w klubach, poprawiamy wizualizację hal, walczymy o pieniądze na rynku, żeby pozyskać sponsora na promocję ligi - mówi Szumacher, prezes spółki.

Wizje Szumachera z grodziskiego punktu widzenia wyglądają ładnie, bo Bogoria dominuje w Polsce pod względem finansowym (aktualny mistrz Polski Olimpia Unia Grudziądz ma 470 tys. budżetu) i sportowym (w ostatnich pięciu sezonach zdobyła trzy złote i dwa srebrne medale). Rzeczywistość jest dużo brzydsza.

W październiku w trójmiejskiej Ergo Arenie odbędą się mistrzostwa Europy - Polska zorganizuje je po raz pierwszy, ale w tej chwili... nie ma reprezentacji. Czwórka najlepszych zawodników (Bartosz Such, Wang Zeng Yi, Daniel Górak i Jakub Kosowski) w ramach protestu z powodu braku stypendiów, opieki medycznej i odżywek opuściła sierpniowe zgrupowanie, a związek graczy zawiesił.

- To akt desperacji z naszej strony, ale chcemy, aby do wszystkich dotarło, że sytuacja w drużynie narodowej nie jest najlepsza - tłumaczył Such. - O sytuacji w kadrze informowaliśmy parę miesięcy temu, ale wciąż nie mamy jednoznacznej i satysfakcjonującej odpowiedzi. Chcemy jak najlepiej zagrać w turnieju mistrzowskim, dlatego i przygotowania muszą odbywać się na odpowiednim poziomie.

Zabrakło stołów

Dyskwalifikacja obowiązuje do 26 września i choć teoretycznie czołowi Polacy w mistrzostwach zagrać mogą, to jednak całe zamieszanie jest dla dyscypliny kompromitujące. Na dodatek w kadrze na pewno zabraknie Lucjana Błaszczyka - zawodnika już 37-letniego, ale wciąż najwyżej notowanego spośród Polaków. W światowym rankingu Błaszczyk jest 84., a w setce są jeszcze Kosowski (87.) i Wang (90.).

Na drodze do mistrzostw polska kadra ma także inne problemy - trener reprezentacji Tomasz Krzeszewski na 26 września zaplanował początek zgrupowania przed turniejem w Ostródzie, które kończyłoby się 6 października, dwa dni przed inauguracją ME, ale do tego sprawdzianu nie dojdzie, bo związek nie potrafił zapewnić reprezentacji... stołów do trenowania.

- Nie przyszło mi do głowy, że sprawa może się rozbić o taki szczegół - denerwuje się Krzeszewski. - Przecież gdyby ktoś mi wcześniej powiedział, że ich załatwienie w tym terminie jest niemożliwe, inaczej zorganizowałbym przygotowania - rozkłada ręce Krzeszewski.

- Liczę, że ten nasz dzisiejszy sukces zachęci kolejnych ludzi, sponsorów do angażowania się w tenis stołowy - mówił w piątek trener Bogorii. To świetna gra - międzypokoleniowa, międzypłciowa, przy stole może stanąć każdy, nawet wnuczek z dziadkiem. Potencjał tenisa stołowego jest jeszcze nieodkryty - dodawał Redzimski.

Czy ktoś go w Polsce odkryje?

Więcej o: